Wszystkie artykuły:

Dr Mirosław Habowski:
Problematyka demograficzna na łamach prasy katolickiej w Polsce
11 III 2003

Dr Krzysztof Szewior:
Wilhelm Emmanuel von Ketteler
1 III 2003

J.-M. Villefranche:
Pius IX, dzieje, życie, epoka

recenzja
3 VIII 2002

Dr Mirosław Habowski:
Organizacja Narodów Zjednoczonych w świetle polskiej prasy katolickiej po 1989 roku.
17 XII 2001

Bp Piotr Jarecki:
Fragmenty homilii
16 IX 2001

Ks. Prof. Władysław Piwowarski:
Skończyć z mętniactwem
17 IV 1997

Ks. Józef Majka:
Prędzej z tą reformą
17 III 1991

Ks. Józef Majka:
Przemiany społeczno-gospodarcze w świetle etyki społecznej
1991

Uwe Brügmann:
Kościoły i kwestia socjalna
1989

KOŚCIÓŁ, NARÓD, PAŃSTWO

Ks. prof. dr hab. Józef   Majka

PRZEMIANY SPOŁECZNO-GOSPODARCZE W ŚWIETLE ETYKI SPOŁECZNEJ

(1991r.)

Chcemy zająć się w tym rozważaniu przede wszystkim przemianami gospodarczymi, jakich próbuje się dokonać w naszym kraju w ciągu ostatnich kilku lat, głównie przemianami własnościowymi. Nie można jednak całkowicie przeoczyć, czy choćby przemilczeć ścisłego związku między zmianami gospodarczymi a społecznymi i politycznymi, gdyż wszystkie one są wzajemnie od siebie uzależnione, na siebie się nie­kiedy nakładają, a nawet utożsamiają.  W analizowanym przez nas wypadku związek ten jest tym ściślejszy, że przecież nie idzie tu o przemiany spontaniczne, lecz o takie, które są dokonywane poprzez decyzje polityczne i administracyjne. Nie znaczy to, że można lub należy nie dostrzegać spontanicznych elementów tych przemian, ale nas będzie interesował przede wszystkim etyczny aspekt podejmowa­nych decyzji w tym zakresie, choć spontaniczne ich skutki mają ró­wnież znaczenie dla oceny samych decyzji. Sprawca czynu jest bowiem odpowiedzialny także za jego skutki, które powinien umieć przewi­dywać.

Ta odpowiedzialność sprawców jest tym ważniejsza, że głosząc się być liberałami obrali przy dokonywaniu tych przemian metodę ręcznego i to scentralizowanego sterowania nie tyle całą gospodarką, ile właśnie samym procesem uwłaszczania. Jest to metoda bardzo ryzykowna nie tylko w wymiarze gospodarczym, ale jeszcze bardziej politycznym, a także socjologicznym, gdyż może spowodować nie tylko utratę resztki zaufania do państwa, ale rozprzęgnięcie się wszelkich więzi społecznych, wojny wszystkich przeciw wszystkim, a w każdym razie do upowszechnienia się, wypowiadanego dziś coraz częściej, przekonania o utrwalaniu się systemów mafijnych.

Nie sam sposób dokonywania przemian, który mógłby stać się przed­miotem osobnego studium, ale ich moralna zasadność ma być przedmiotem tych rozważań, w których chcemy się skoncentrować ściśle na przemianach własnościowych i ich etycznych podstawach w świetle szeroko rozumia­nego prawa własności oraz jej społecznych i ekonomicznych funkcji. Nie możemy jednak zupełnie pominąć ich metodycznego aspektu, bo każda etyczna ocena winna uwzględniać wszystkie elementy obrazu ocenianego czynu.

Prawo  własności  a  jej  funkcje  społeczne  i  gospodarcze.

Jeżeli mamy ocenić dokonujące się, czy też mające się dokonać prze­miany własnościowe w naszym kraju musimy wziąć pod uwagę nie tylko czysto jurydyczny, ale także społeczny i ekonomiczny wymiar własności, gdyż wszystkie one winny w odpowiednich proporcjach określać globalny ustrój własności. Należy je więc brać pod uwagę przy podejmowaniu konkretnych, nawet bardzo szczegółowych decyzji, bo one to właśnie mają niekiedy wielkie znaczenie dla zbudowania i funkcjonowania po­rządku własności, czy własnościowego ładu społeczno-gospodarczego.

Prawo własności jest, jak wiadomo, przede wszystkim powszechnym uprawnieniem do użytkowania dóbr materialnych i korzystania z pod­miotowości gospodarczej, przysługującym każdemu człowiekowi, każdej ludzkiej osobie niezależnie od jej kondycji fizycznej i społecznej. Kon­sekwencją tego aspektu prawa własności jest we współczesnej sytuacji społeczno-ustrojowej instytucja zabezpieczenia społecznego, przysługujące każdemu człowiekowi prawo do osłony socjalnej w rozsądnych granicach organizacyjnych i ekonomicznych. Nie musi to zakładać, jak to było w socjalizmie, pełnej etatyzacji tej instytucji; oznacza natomiast, że żadne przemiany społeczne i gospodarcze nie powinny dokonywać się za cenę pogwałcenia tego podstawowego prawa. Szerzej rzecz ujmując, przemiany takie nie mogą być przeprowadzone kosztem najsłabszych. Z uwagi na to, że sprawa dotyczy podstawowego i powszechnego uprawnienia ludzkiej osoby, uważamy, że nie podlega ona dyskusji i nie mamy zamiaru dłużej się nad tym zatrzymywać.

Mówiąc o uwłaszczeniu, czy {też, nieco ściślej, prywatyzacji, bo przecież w naszym kraju można też i należy mówić o uwłaszczeniu na przykład samorządu terytorialnego, czyli o reformie własności publicznej, mamy na uwadze przede wszystkim drugi aspekt prawa własności - prawo do posiadania i dysponowania dobrami materialnymi, które jest również prawem powszechnym, to znaczy przysługującym każdej ludzkiej osobie i każdej społeczności. Jest ono jednak ograniczone tym, co stanowi jego uzasadnienie racjonalności.  Podstawą, warunkiem i celem każdej formy własności jest racjonalność dysponowania i każda z tych form (własność publiczna, społeczna, wspólna, indywidualna) o tyle tylko ma sens i rację istnienia, o ile sprzyja racjonalności działań w tym zakresie, po załamaniu się systemu powszechnej własności publicznej teza ta nie wymaga bliższych uzasadnień. Popularniej rzecz ujmując, poszczególne formy własności winny się sprawdzać w praktycznym działaniu poprzez maksymalizację korzyści, jakie z tych działań wynikają. Potrzebne tu jest zastrzeżenie, że nie zawsze mówiąc o maksymalizacji korzyści musimy mieć na myśli maksymalizację zysków, bo przecież zysk nie jest ostatecz­nym celem działań społeczno-gospodarczych, choć w pewnym ich zakresie może się okazać użytecznym miernikiem ich skuteczności.

Nie można więc zakładać apriorycznej tezy, że własność prywatna jest zawsze bardziej racjonalna i skuteczna od publicznej, ani też prefe­rować własności indywidualnej w stosunku do rozlicznych przecież form własności społecznej. Przyjmowanie takiej tezy byłoby tworzeniem nowego mitu, porzuceniem w samym punkcie wyjścia zasady racjonalności i realis­tycznej postawy w stosunku do rzeczywistości. Dlatego też odpowiedź na pytanie, dotyczące struktury własności oraz. wzajemnej proporcji jej form, w danym społeczeństwie; można dać jedynie po dokładnym prze­analizowaniu społecznych i gospodarczych funkcji własności, z uwzględ­nieniem wielu okoliczności miejsca i czasu. Nie ma bowiem i nie może być w tym względzie jakiejś ogólnej recepty.

Rozpoczynamy analizę od wskazania na społeczne funkcje własności, choć na samym wstępie musimy zaznaczyć, że podział na funkcje społeczne i gospodarcze nie jest całkowicie rozdzielczy. Jedną z podstawowych społecznych funkcji własności, a może nawet w ogóle najważniejszą z nich jest jej znaczenie dla podmiotowości społecznej i gospodarczej poszczegól­nych osób, grup i społeczności, a nawet w jakimś sensie państwa. Funkcja ta wybiega daleko poza sferę gospodarczą, ma istotne znaczenie dla całego współżycia społecznego, wpływa nawet na charakter kultury i kszta­łtowanie się cywilizacji. W dziedzinie gospodarczej ma istotne znaczenie dla dynamiki procesów ekonomicznych, co zresztą jest dziś często pod­kreślane nawet z pewną przesadą, tak że nie ma potrzeby nad tym się dłużej zatrzymywać.

Nie docenia się natomiast stabilizującej społeczeństwo i .gospodarkę funkcji własności. Nieporozumienie polega na tym, że po prostu przecenia się stabilizującą funkcję bogatego państwa, skupiającego wszystko w swo­im ręku. Współczesny kryzys państwa dowodzi, że jego ręka, choćby najbogaciej odziana jest w gruncie rzeczy bardzo słaba; nie sposób bowiem utrzymać w niej zbulwersowanego społeczeństwa, które przesypuje się, niczym piasek przez palce tej potężnej wydawałoby się dłoni. Dobry natomiast system własności cementuje społeczeństwo, wiąże je mocnymi węzłami i zapewnia mu stabilizację, w jeszcze większym stopniu dotyczy to, wbrew pozorom, stabilizacji systemu gospodarczego. Nie ten system jest stabilny, w którym istnieje i działa jeden lub niewiele podmiotów posiadania, lecz ten właśnie, w którym ich mnogość tworzy przejrzystą i spójną strukturę współdziałania.

Własność jest jednak także czynnikiem elastyczności społecznej i gos­podarczej. Wynika to z szerokiego zakresu motywów, z szybkości reakcji na dokonujące się zmiany oraz ze znacznego skrócenia ścieżki decyzyjnej. W ten sposób rozproszenie własności daje bardzo wielką możliwość eliminowania czynności i procesów pozbawionych racjonalności, szybkiej likwidacji działań i instytucji bezsensownych przy równoczesnym dopusz­czeniu do głosu szerszego wachlarza motywacji także pozaekonomicznej. Największy nawet rygoryzm decyzji prywatnych opiera się na zupełnie innych przesłankach, niż rygoryzm decyzji państwowych, co pozwala często na ocalenie przed tym ostatnim nie tylko wielu wartości poza­ekonomicznych, ale samej także racjonalności ekonomicznej. Państwo działa zawsze w sposób uproszczony i niesłychanie rozrzutny, nawet wtedy, kiedy realizuje najsurowszą politykę oszczędności.

Większa efektywność gospodarcza (przejdźmy już do funkcji czysto ekonomicznych) prywatnych podmiotów gospodarowania wynika między innymi stąd, że uprawnienia własnościowe są tu bardziej kompletne i że odpowiada im ściśle zespół ekonomicznej (i nie tylko) odpowiedzialności. Powstaje w ten sposób podmiot czysto gospodarczy, a w każdym razie następuje wyraźne oddzielenie racjonalności ekonomicznej od społecznej, politycznej, a nawet moralnej, a także oddzielenie działań ekonomicznych od (nazwijmy to tak) osobistych, podczas gdy w państwie wszystko było podporządkowane racjom politycznym, co prowadziło często do zagu­bienia odpowiedzialności czysto gospodarczej.

System własności prywatnej wprowadza swobodę przekazywania praw własnościowych także w długich okresach czasu, co umożliwia powsta­wanie przedsięwzięć o długim okresie reprodukcji. Ma to niemałe znaczenie dla rozwoju krajów nierozwiniętych. Z drugiej strony, staje się możliwe funkcjonowanie własności jako kapitału oraz jego współfunkcjonowanie z własnością o charakterze rzeczowym, co oczywiście poszerza elastyczność systemu. Nie jest to sprzeczne ze zjawiskiem internalizacji kosztów i efek­tów działalności gospodarczej, polegającej na jednoznacznym ich powią­zaniu z określonym przedsięwzięciem gospodarczym.

Cały system cechuje występowanie silnych i szybkich reakcji na informacje cenowe, co staje się ważnym czynnikiem racjonalizacji wszystkich poczynań gospodarczych i skuteczności systemu w sferze dla gospodarki najistotniejszej - zaspokajania potrzeb.

Wszystkie te momenty muszą być brane pod uwagę w programach przekształceń własnościowych, zarówno gdy idzie o reprywatyzację, jak i o prywatyzację własności; w każdym z tych dwóch procesów nieco inne racje powinny być wysuwane na pierwszy plan, ale żadnej z nich nie można zupełnie pominąć.

Problemy   reprywatyzacji.

Reprywatyzacją polega na tym, że przyjmuje się zasadę zwrotu mająt­ków niesłusznie upaństwowionych, bądź też uznaniu, wynikających z tego aktu lub związanych z nim, uprawnień. Zmierzając do zacieśnienia tego określenia odróżnijmy reprywatyzację w ścisłym tego słowa znaczeniu, rozumianą jako zwrot tego samego majątku, który został faktycznie zabrany, od odszkodowania za zabór mienia, które również może mieć rzeczowy charakter i w ten sposób staje się elementem bezpośrednich przekształceń własnościowych. Uważamy jednak, że w tym drugim wypad­ku nie można mówić o reprywatyzacji w ścisłym tego słowa znaczeniu, a jedynie o pewnej "technicznej" formie odszkodowania.

Proponuję zacieśnić to rozważanie do reprywatyzacji w ścisłym zna­czeniu, to znaczy zwrotu określonego, bezprawnie zabranego przez pań­stwo majątku. Wydawałoby się, że sprawa jest prosta, bo wystarczy tu zastosować starą zasadę prawa: res ciamat ad dominum i zwrócić zgodnie z prawem zagrabione dobro prawemu właścicielowi.

Trzeba jednak rozstrzygnąć problem podstaw ustalenia, kto w danym wypadku jest prawym właścicielem, a w omawianej kwestii jest to sprawa dość złożona. Wchodzą tu mianowicie w grę zasady moralne, podstawy prawne i racje polityczne, a uzgodnienie tych trzech punktów widzenia wydaje się w praktyce prawie niemożliwe. Dlatego zapewne nie mamy dotąd ustawy o reprywatyzacji, nie wiadomo, kiedy będziemy ją mieli, a jeśli już nawet dojdzie do jej uchwalenia, to trudno oczekiwać, że będzie to ustawa dobra, a już na pewno nie będzie ona w stanie usatys­fakcjonować wszystkich.

Z moralnego punktu widzenia każda rzecz zawłaszczona bezprawnie winna być jak najrychlej zwrócona właścicielowi. Przedawnienie może wchodzić w grę tylko wtedy, kiedy nowy posiadacz jest w dobrej wierze, a właściciel przez cały okres zasiedzenia nie upominał się o swoją własność, choć mógł to czynić bez nadzwyczajnych dla siebie trudności. Powstaje pytanie, czy państwo może z moralnego punktu widzenia godziwie wy­właszczyć prawowitego właściciela. Generalnie rzecz ujmując, państwo nie ma takiego prawa i jeśli tak czyni, łamie prawa osobowe człowieka i podważa podstawy ładu społecznego. Wyjątkowo mogłoby to uczynić, ale pod dwoma warunkami:

a)      jeśli niewątpliwie domaga się tego dobro społeczne,

b)      za godziwym odszkodowaniem.

Państwo ma oczywiście prawo domagania się materialnych ofiar na rzecz dobra wspólnego w for­mie różnego rodzaju podatków, ale to zupełnie inne zagadnienie.

W świetle tych rozważań właściciele, którym państwo zagarnęło ich majątki w wyniku agresji sił rewolucyjnych wrogich narodowi polskiemu, a więc pod dyktatem faktycznego okupanta, mają prawo upominania się o ich zwrot, pomimo upływu bardzo długiego czasu, bo:

a)       nie przemawiała za tym bezpośrednia potrzeba państwa podyktowana racją dobra wspól­nego,

b)       nie otrzymali żadnego odszkodowania,

c)        nie mieli żadnej możliwości dopominania się o zwrot zagrabionych majętnościw ciągu ostatniego półwiecza.

Potrzeba zatem odbudowy zaufania społeczeństwa do władzy i instytucji społeczno-politycznych oraz potrzeba stabilizacji społecznej przemawiała i przemawia za jak najszybszą i jak najpełniejszą w granicach realnych możliwości reprywatyzacją, a jej blokowanie jest działaniem na szkodę państwa i narodu.

W związku z tym trzeba postawić pytanie, dotyczące oceny sytuacji prawnej, jaka powstała w PRL. Jak mianowicie ustosunkować się do ustawodawstwa tego okresu? Tu zarysowują się dwa przeciwstawne stanowiska, podyktowane zarówno przekonaniami prawnymi, jak i rac­jami politycznymi. Jeszcze wcześniej należałoby jednak rozstrzygnąć ostatecznie pytanie, czy Rzeczpospolita Polska jest kontynuacją PRL? Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa i wymaga zapewne wielu rozróżnień, ale uchylanie się od niej nie może prowadzić do niczego dobrego. Trudno zaiste zrozumieć komu i dlaczego zależy na tym, ażeby obciążać Trzecią Rzeczpospolitą tym kłopotliwym spadkiem, a zwłaszcza "dobrodziejstwem jego inwentarza". Chodzi chyba tylko o to, ażeby miał kto przejąć pasywa tego stalinowskiego tworu. Do tych pasywów należy zresztą także ów skomplikowany problem reprywatyzacji, którym się w tej chwili zajmujemy. Może także lęk przed odpowiedzialnością tych, którzy byli decydentami w PRL, a może i niezdolność dostrzeżenia własnych błędów skłania ich do podtrzymywania takiej bezsensownej postawy politycznej.

Z punktu widzenia szkół myślenia prawniczego sprawa wygląda nieco inaczej. Zwolennicy prawa naturalnego uznaliby zapewne ustawodawstwo PRL (za wyjątkiem zwykłych przepisów porządkowych) za bezprawie i domagaliby się gruntownej jego rewizji. Przedstawiciele pozytywizmu prawnego przyjmują je w całości i deklamują frazesy o państwie prawa. Większość z nich sprzeciwia się jakiejkolwiek reprywatyzacji, a są tacy, którzy odmawiają decyzji wykonawczych nawet tym wyrokom sądowym, które uznały fakty nacjonalizacji za bezprawne w świetle przepisów PRL. Trzymają się więc zasady, że nie może stać się prywatnym żadne dobro, które raz z jakiejkolwiek przyczyny, choćby wyraźnie bezprawnie, znalazło się w gestii państwa. Rodzi się pytanie, czy to tylko obsesja nacjonalizacji, czy już statolatria (omnipotencja państwa).

Otwarte pozostaje trzecie zagadnienie, czy i w jakim zakresie re­prywatyzacja po upływie mniej więcej pół wieku jest jeszcze możliwa i w jaki sposób można ją technicznie przeprowadzić bez wyraźnego uszczerbku dla dobra wspólnego, a nawet z jego korzyścią. Powstaje więc najpierw problem ustalenia podmiotów, które miałyby prawo do ubiegania się o zwrot zabranego mienia. Nie zawsze przecież będą to ludzie jeszcze żyjący, a nawet nie zawsze ich bezpośredni zstępni, niekiedy nie posiadają już oni obywatelstwa polskiego itp. Takich problemów jest wiele i nie mamy zamiaru nimi się zajmować. Muszą one jednak być rozsądnie, uczciwie i jednoznacznie rozstrzygnięte przy podejmowaniu indywidual­nych decyzji.

Znacznie ważniejsza jest sprawa stanu prawnego kwestionowanych majątków. Trzeba koniecznie rozstrzygnąć, czy reprywatyzacja może objąć jedynie majątki zagarnięte bezprawnie w świetle ustawodawstwa PRL, czy też ostatecznie uznamy ustawodawstwo PRL w tej sprawie za naru­szenie podstawowych norm prawa naturalnego, sprzeczne z prawami człowieka, a zatem za przestępcze. W dalszej konsekwencji należałoby postawić pytanie, czy uznalibyśmy te decyzje za postanowienie własnego państwa, czy też za decyzje władzy okupacyjnej, podjęte w warunkach wojennych. Takie stanowisko rozszerzałoby nam zakres zagadnienia na ciągle jeszcze nie załatwione sprawy odszkodowań dla Polaków wysied­lonych ze wschodu i otwierałoby zapewne możliwość łącznego rozważania wszystkich spraw własnościowych, także tych, jakie wyłonić się mogą na ziemiach zachodnich. Bez jednoznacznego rozstrzygnięcia formalno-prawnych aspektów tego zagadnienia nie można przystąpić do opracowania praktycznych rozwiązań w tym zakresie.

Ale te właśnie praktyczne rozwiązania mogą okazać się po tak długim okresie czasu najtrudniejsze. Przecież znakomita większość nie tylko mająt­ków przemysłowych, ale nawet rolnych nie jest już tym czym była przed pięćdziesięciu laty. Zmieniła się nie tylko ich wartość, ale także charakter oraz czysto ekonomiczna, czy także społeczna funkcja i tych pięćdziesięciu lat, niezależnie od tego, co się w tym czasie i z jakich przyczyn stało, nie można uznać za nie istniejące. Należy tu wyszczególnić następujące możliwości:

a)      dotychczasowy majątek z różnych przyczyn albo w ogóle nie istnieje, albo istnieje jedynie w formie szczątkowej,

b)      istniejący kiedyś obiekt został w tak istotny sposób rozbudowany albo przebudowany, bądź też spełnia tak istotnie rożną funkcję społeczną, że nie może być sensownie uznany ten sam,

c)      obiekt istnieje w tym samym miejscu i w podobnych na pozór wymiarach, ale jego stan techniczny i funkcja ekonomiczna wymaga od właściciela specjalnych kwalifikacji, których on jednak nie posiada i zdo­być nie może,

d)      nie uległ istotnej zmianie charakter obiektu, a właściciel dysponuje odpowiednimi kwalifikacjami, ażeby nim pokierować.

Na dobrą sprawę tylko w tym ostatnim wypadku reprywatyzacja nie powinna napotykać na żadne trudności techniczne. Wszystkie inne wy­magają szczegółowego rozważenia z punktu widzenia dobra społecznego i zasad sprawiedliwości, i w większości tego rodzaju spraw należałoby zapewne poszukiwać rozwiązania problemu nie poprzez reprywatyzację w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale w drodze odszkodowania, co stanowi osobne zagadnienie nie tylko techniczne, ale także prawne i moralne, którym się tu nie zajmujemy.

Ażeby nie pominąć żadnego aspektu zagadnienia, należy też w procesie reprywatyzacji, to znaczy w jego ocenie i w konkretnych rozwiązaniach wziąć pod uwagę sytuację ludzi, którzy działając bona fide (w dobrej wierze) związali swe życie z zespołem dóbr oraz połączonych z nimi różnego rodzaju zadań społecznych i dokonane zmiany mogliby przeżywać jako osobistą klęskę życiową o głębszym charakterze, aniżeli mogłaby za tym przemawiać czysto ekonomiczna wartość obiektu. Jeżeli wywłaszczanie dokonywało ale się bardzo często w sposób nieludzki, to z tego nie wynika, że w podobny sposób może się kiedykolwiek dokonać naprawa jego skutków.

Problemy   prywatyzacji.

Zagadnienia prywatyzacji wywołały przed kilku laty bardzo żywą dyskusję, z której miało się wyłonić dwanaście różniących się więcej lub mniej od siebie programów. Pisało się o tym, że na podstawie tych dwunastu programów opracowano projekt ustawy o prywatyzacji przed­siębiorstw państwowych, uchwalonej dnia 13 lipca 1990 r.  Nie obejmuje ona niestety całości zagadnienia, a ponadto jest przykładem (jak już wspomniano) centralistycznego ręcznego sterowania tym procesem, co nie może mu wyjść na dobre. Pod pozorem, że chodzi tu równocześnie o restrukturyzację całej gospodarki narodowej Ministerstwo Przekształceń Własnościowych przejęło w swoje ręce kierowanie procesami przekształceniowymi rozpoczynając od ponownego niejako upaństwowienia gos­podarki (spółki skarbu państwa), pomimo że państwo w dalszym ciągu nie posiada struktury, która byłaby podmiotem posiadania i dyspozycji to znaczy instytucji Skarbu Państwa. Wszystko to przypomina nieco łapanie czarnego kota w ciemnym pokoju, a wygląda na to, jakby nie chciało się powiedzieć społeczeństwu, o co naprawdę chodzi i udając, że się coś robi odkładać proces prywatyzacji do lepszych czasów.

Ustawa przewiduje dwie zasadnicze formy prywatyzacji: bezpośrednią i kapitałową. Pierwsza z nich, prywatyzacja bezpośrednia, może przybrać cztery różne postaci: likwidacja, sprzedaż, aport i leasing. Likwidacja polega na wyprzedaży, najczęściej za bezcen, poszczególnych materialnych elementów przedsię­biorstwa i zawieszeniu jego działalności. Powstają na tym tle spory między centralą, która podejmuje decyzje, a terenem, zwłaszcza załogą przedsię­biorstwa, która nigdy nie jest przekonana, iż nie jest to decyzja marno­trawna, a zawsze podejrzewa ministerstwo o manipulację. Taką nieufność rodzą zresztą i pozostałe trzy formy przekształceń, choć nie zawsze podstawy tej nieufności są tak spektakularne, a w niektórych wypadkach udaje się może nawet wmówić załodze, że robi na tym dobry interes. Znane są wypadki długotrwałych protestów załóg przeciw tego rodzaju transakcjom i ich wysiłków zmierzających do zagwarantowania sobie korzystniejszych warunków kontraktu od tych, jakie wynegocjowało mi­nisterstwo. Można też przytoczyć fakty, stanowczego przeciwstawienia się załóg próbom tego sposobu sprywatyzowania prosperujących przedsiębiorstw, zwłaszcza kiedy miał w tym swój udział kapitał zagraniczny. Niekiedy interesy państwowego kierownictwa zakładem zbiegają się jakoś z interesami załóg. Można też w tej niedługiej przecież historii kilku lat spotkać się z głosami załóg, które dochodzą do wniosku, że kapitał zagraniczny włączył się do ich przedsiębiorstwa jedynie po to, by ograniczyć jego produkcję. Wszystkie te głosy nie muszą być w każdym wypadku słuszne, ale wskazują na to, że ta forma prywatyzacji nie spotyka się z entuzjazmem załóg, zwłaszcza że nie zmienia ona w istotny sposób ich pozycji w przedsiębiorstwie, ani tym bardziej w społeczeństwie.

Prywatyzacja kapitałowa polega na przekształceniu przedsiębiorstwa państwowego najpierw w spółkę Skarbu Państwa (którego ciągle nie ma ?!), a dopiero w drugim etapie na spółkę akcyjną lub spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Niezależnie od tego, skąd wychodzi inicjatywa tego drugiego etapu przemiany, decyzja pozostaje zawsze w rękach minister­stwa, co czyni go swojego rodzaju dyktatorem gospodarczym. Określenie ekonomicznych warunków tego przekształcenia okazuje się bardzo trudne, nie są tu, jak się wydaje, możliwe jakiekolwiek ogólne wytyczne: zatrud­nianie przez ministerstwo, czy spółkę zagranicznych firm konsultingowych, operujących schematami, jakie są, być może, sensowne w warunkach w pełni funkcjonującego wolnego rynku, ale nie zawsze doceniają zna­czenie sytuacji szczególnych, wydaje się często nie mieć większego sensu, a w każdym razie budzi wątpliwości i wywołuje zastrzeżenia załóg, które czują się często oszukane i zagrożone. Zagrożenie wynika stąd, że w ich optyce nie zanikł jeszcze dyktat czynników politycznych, a zostaje już wprowadzony jeszcze bardziej bezwzględny dyktat elementów ekonomicz­nych. Jeżeli przewiduje się przy tego typu przekształceniach miejsce dla załogi w formie określonej liczby preferencyjnych akcji lub udziałów dla załogi, to jest to na pewno krok we właściwym kierunku. Wszystko jednak zależy od tego, czy stwarza to jakąś podstawę do ukształtowania się rzeczywistej wspólnoty przedsiębiorstwa, która miałaby jakikolwiek wpływ na jego losy.

Spoglądając na całe zagadnienie z pewnej ogólniejszej perspektywy, należy ciągle, na każdym etapie dokonywanych przemian poszukiwać odpowiedzi na pytanie, czy idzie nam jedynie o zbudowanie sprawnie funkcjonującego systemu ekonomicznego, czy także o prawdziwą rekon­strukcję społeczną, zmierzającą do ukształtowania się zdrowych i stabil­nych wspólnot gospodarczych. Bez uwzględnienia tego drugiego aspektu sprawy wszystkie wysiłki w kierunku reform tracą jakikolwiek sens, bo będą oznaczały jedynie zastąpienie jednego aparatu wyzysku innym, może skuteczniejszym, ale nie mniej bezwzględnie wyniszczającym społeczeńst­wo. Może to prowadzić jedynie do nowych przejawów  destabilizacji.

Program   powszechnej  prywatyzacji.

Ogłoszony niedawno zaledwie w ogólnych zarysach program powszech­nej prywatyzacji budzi szereg rozmaitych zastrzeżeń i wątpliwości. Nie miejsce tu na jego szczegółowe referowanie, zwłaszcza że wiele szczegółów pozostaje nadal niejasnych. Ma on objąć 600 przedsiębiorstw wytypowa­nych jako najlepsze (problem kryteriów?), których akcje miałyby być teoretycznie udostępnione wszystkim niemal obywatelom w zamian za obligacje, jakie wszyscy otrzymaliby bezpłatnie. W ten sposób "cały naród" (oczywiście teoretycznie, bo droga od obligacji do akcji może okazać się skomplikowana) stałby się współwłaścicielem istotnej substancji majątku narodowego. Przedsiębiorstwa te miałyby być połączone w holdingi, a te ostatnie ze względów kompetencyjnych miałyby być poddane kontroli, a nawet chyba kierownictwu specjalistów zagranicznych, bo rzekomo tylko oni są w stanie pokierować naszą gospodarką w sposób absolutnie kompetentny i wyprowadzić ją na prostą drogę. Niełatwo znaleźć parlamentarną formułę na określenie tego pomysłu. Nie wystarczałaby zresztą zapewne jedna tego typu kwalifikacja. Po­wstrzymajmy się więc od pośpiesznych  określeń  i  spróbujmy  postawić  kilka  spokojnych  pytań:

1. Jaka to jest sprawiedliwość? Dlaczego każdemu równo? Czy to znaczy, że to samo otrzyma ten, co został ograbiony i poniósł największe ofiary i ten, który grabił (nomenklatura!), wywłaszczał, donosił i skazywał niewinnych ludzi? Czy miałaby to być jeszcze jedna nagroda za niewolenie narodu dla tych, którzy do tego przykładali ręki?

2. Co się stanie z obligacjami, jeżeli znajdą się one w obrocie hand­lowym? A nawet co się stanie z nimi, jeśli takiego oficjalnego obrotu się nie przewidzi? Nie wiadomo, który wariant jest bardziej niekorzystny dla biednych, przyciśniętych koniecznością, niezorientowanych i niecierpliwych. Brak oficjalnego obrotu może okazać się jeszcze korzystniejszy dla spekulantów i manipulantów.

3. Jak będzie wyglądał faktycznie dostęp do akcji i obrót nimi? Ile warta jest akcja, która (i dlaczego?) nie dawałaby prawa do udziału w zarządzaniu, albo udział jedynie pozorny, skoro przedsiębiorstwa miały­by być faktycznie zarządzane przez siły polityczne.

    4. Jaka jest podstawa przymusu przynależności (i zależności) od holdingu i dlaczego cały ten system miałby być zależny od kierownictwa, pochodzącego z zagranicy, skoro nie wnosi ono do niego (nic się przynajmniej o tym nie mówi) żadnego wkładu kapitałowego? Czy nie jest to przypadkiem oddawanie gospodarki kraju w pacht obcym menedżerom i to bez odszkodowania, a nawet zapewne za wysokie wynagrodzenie za każdą podjętą decyzję?

    5. Kto ma tyle odwagi, żeby nie powiedzieć - tupetu, ażeby pozwolić sobie rzucić narodowi w twarz obelgę, że nie ma w nim ludzi, którzy potrafiliby się czegoś nauczyć, i w ten sposób uzasadniać jego gospodarcze ubezwłasnowolnienie?

Wiem doskonale, że niektóre z tych pytań mogą dla niektórych brzmieć demagogicznie, ale jeżeli uważają oni, że nie będą one raz po raz stawiane przez trzeźwo myślące masy społeczeństwa, to nie doceniają zdrowego rozsądku i siły oporu narodu polskiego. Przedłożony społeczeństwu w ogó­lnym zresztą tylko szkicu program powszechnej prywatyzacji nie nadaje się do dyskusji i są podstawy do tego, ażeby mniemać, że jest to jedynie próbny balon, mający na celu odwrócenie uwagi od tego, co się w tym zakresie dzieje, albo i nie dzieje, a może, i od tego, co jest w tym zakresie w innych dziedzinach życia rzeczywiście planowane.

Podsumowanie.

To, co się dzieje w naszym kraju w dziedzinie gospodarczej, wskazuje, że żadna z dotychczasowych ekip rządzących nie umiała, albo nie była w stanie podjąć jakichś rozsądnych działań w tym zakresie. Wszystko obraca się wokół budżetu, który jest uchwalany praktycznie przez cały rok, co oznacza, że go w ogóle nie ma. Posunięcia Balcerowicza były programem bardzo wąskim, a ich spektakularne rezultaty przyćmiły ich fatalne skutki, które będą jeszcze długo odczuwalne w gospodarce polskiej. Wszak wiele dzisiejszych protestów społecznych jest właśnie wynikiem potrzeby likwidacji tych właśnie skutków.

Jest rzeczą dość paradoksalną, a nawet budzącą zastanowienie, że sfery rządowe, głoszące przecież hasło gospodarki rynkowej, w wielu posunięciach (nawet rzekomo prywatyzacyjnych) zmierzają do utrzymania, a nawet podtrzymania systemu centralnego sterowania gospodarką i dla­tego zapewne wszystko kręci się wokół sprawy tak bardzo ciągle scentralizowanego budżetu. Przejawia się to także w nieumiejętności, czy niechęci odbudowania struktur samorządowych, które powinny przecież przejąć bardzo wiele zadań gospodarczych. Jeszcze wyraźniej ujawnia się to w nieumiejętności, czy niechęci odbudowy struktur spółdzielczości, która została wszak przez komunistów upaństwowiona.

Władza państwowa powinna zająć się w sferze gospodarczej trzema głównymi rodzajami zadań, opracować i realizować trzy odrębne, choć zazębiające się i warunkujące wzajemnie programy działań gospodarczych:

 

1.     Program przywrócenia moralno-prawnego ładu gospodarczego we wszystkich dziedzinach życia społeczno-gospodarczego. Najpierw państwo powinno określić swoją sytuację prawno-moralną w tym zakresie. Jest ono przecież spadkobiercą reżimu, który obrabował naród z dóbr material­nych i kulturalnych i uciskał go przez czterdzieści z górą lat, a także pozostawił spadek ogromnego zadłużenia, wykorzystanego na budowy, służące głównie zbrojeniowej polityce bloku, z którymi dziś nie wiadomo, co zrobić. Nietrudno zresztą określić, kto odnosił z tego największe korzyści. Nie można przejąć władzy w imię idei wyzwolenia a potem udawać, że nic się nie stało, że nie było w ogóle żadnej niewoli. Dotyczy to nie tylko problemu reprywatyzacji, o którym już była mowa, ale przede wszystkim zasadniczego stanowiska państwa w stosunku do tych zaszłości i ścisłej konsekwencji w ich ocenie. Jeżeli dziś państwo sprzedaje majątek zagrabiony przez reżim i włącza uzyskane w ten sposób kwoty do budżetu, zamiast przeznaczać je na odbudowę zniszczonego kraju, to musi postawić sobie pytanie, czy nie jest przypadkiem paserem. Program ten powinien objąć rozliczenie się z ewidentnymi krzywdzicielami i odszkodowanie rażących przynajmniej krzywd. Program ten musi objąć rozliczenie nomen­klatury w świetle zasad uczciwości, a nie uchwalonych ad hoc  (ot tak) przepisów o spółkach. Wchodzi tu w grę także walka z mafią, korupcją i pospolitym rozbojem. Nie może być zdrowej gospodarki w skorumpowanym społe­czeństwie. Należy więc opracować program społeczno-moralnej odbudowy społeczeństwa, zamiast wzywać go do bogacenia się za wszelką cenę, podtrzymywania bezsilności wobec nadużyć i podejmowania prób oddania gospodarki w pacht obcym, rzekomo zdolniejszym i mniej skorumpowa­nym.

2.      Należy koniecznie opracować integralny program przebudowy gos­podarczej państwa. Winien on składać się z dwóch różnych, ale od­powiadających sobie wzajemnie części: pierwsza z nich, to program ustroju społeczno-gospodarczego, jaki dany rząd chce realizować. Odnosi się wrażenie, że ekipy rządzące nie mają bądź też ukrywają taki program, a w każdym razie to, co robią, nie wskazuje, że program ten jest dostatecznie spójny. Głosi się na przykład hasła liberalizmu, a realizuje się jakąś formę narastającego etatyzmu. Społeczeństwo musi być świadome założeń programowych rządu, jeżeli jego poczynania mają się spotkać z zaufaniem i poparciem społecznym. Odnosi się z kolei wrażenie, że rządzący uważają swoich obywateli nie za partnerów społecznych, wobec których są odpowiedzialni, lecz za małolatków, których należy wychowywać nie ujawniając przy tym, jaki jest cel tego wychowania. Robili to już przez czterdzieści lat komuniści z wiadomym skutkiem.

Druga część tego programu, to program przebudowy gospodarczej kraju, która jak wiadomo jest konieczna z dwóch co najmniej przyczyn:

a)      dlatego, że nasza gospodarka była podporządkowana celom militarnym obozu, co musi oczywiście ulec zmianie,

b)      dlatego, że zmieniły się wszystkie niemal parametry gospodarcze oraz kierunki współdziałania z zagranicz­nymi partnerami gospodarczymi.

Można tu mówić o programie długo­falowym i krótkookresowym, ale nie chodzi nam w tej chwili o kon­struowanie szczegółowego obrazu, ani nawet o nakreślenie ogólnych za­rysów programu, ale znowu o podkreślenie tego, że rząd nie może działać bez ogłoszenia takiego programu, że nie powinien go ukrywać przed społeczeństwem. Nie idzie tu już jedynie o sprawę zaufania do władzy, ale o możliwość współdziałania ze strony wszystkich partnerów gospodar­czych, którzy wszak muszą wiedzieć, na co mogą liczyć i jakie mają być miejsca i sposoby tego współdziałania. Rząd powinien prowadzić otwartą politykę gospodarczą, a nie pichcić ją w ukryciu.

3.      I tak dochodzimy znowu do programu prywatyzacji, który z jednej strony powinien mieścić się w ogólnym programie gospodarczym kraju i stanowić element jego realizacji, z drugiej natomiast przyczyniać się do naprawiania krzywd, kształtowania ładu społecznego i odbudowy stabi­lizacji społeczno-gospodarczej. Program taki powinien być opracowany przez bezstronne zespoły fachowców, powstawać w wyniku otwartej dys­kusji, w której mogliby się wypowiedzieć kompetentni przedstawiciele wszystkich orientacji. Powinien on składać się z dwóch części:

a)     pierwsza z nich powinna dotyczyć moralnych i ustrojowych zasad gospodarczej restrukturyzacji kraju i konweniować ścisłe z programem społeczno-gospodarczym, stanowić nawet jakiś jego element składowy, choć to nie znaczy, że będzie się z nim pokrywać,

b)    druga natomiast winna odnosić się do ogólnych metod, sposobów i procedur prywatyzacji.

Program taki powinien być opracowany centralnie przez neutralny politycznie zespół ad hoc powołanych fachowców i uzyskać akceptację parlamentu w formie normalnej procedury ustawodawczej. Powinien on być opracowany i przy­jęty co najmniej przed dwoma laty. Samą jednak realizację tego programu należało zlecić władzom tery­torialnym (regionom, samorządom terytorialnym, gminom, samorządom przedsiębiorstw, wreszcie powołanym do tego specjalnie terenowym zespołom zaufania). Jedynie przemysł kluczowy i ściśle zbrojeniowy mógłby być wyłączony spod tej ogólnej procedury prywatyzacyjnej, co nie oznacza, że nie mógłby podlegać prywatyzacji, ale już na podstawie decyzji cen­tralnych.

Innymi słowy, cała procedura prywatyzacyjna powinna być odwrócona, zamiast najpierw centralizować i upaństwawiać na nowo, a potem dopiero prywatyzować, trzeba najpierw odebrać administracji (nowej nomenklaturze) władztwo gospodarcze i jak najszybciej, stosownie do struktur, potrzeb i opinii terenu dokonać prywatyzacji. Tylko w ten sposób można było dokonać tego procesu w atmosferze zaufania i po­wszechnej akceptacji, a nawet swojego rodzaju entuzjazmu, który przy tego rodzaju procesach odgrywa bardzo ważną rolę.

Ponieważ to wszystko się nie stało, ponieważ pierwszy etap prywa­tyzacji (prywatyzacja nomenklaturowa) okazał się wielkim oszustwem, które zostało podkreślone grubą kreską, natomiast prywatyzacja rządowa jest postrzegana jako dreptanie w miejscu i zespół nieprzejrzystych cen­tralnych posunięć, cała sprawa znalazła się w ślepej uliczce, gmatwa się i nie tylko nie budzi entuzjazmu, ale hamuje inicjatywę i rodzi głęboki odruch niezadowolenia społecznego, którego gwałtowny wzrost może doprowadzić do katastrofy. Sprawa jest ważna także dlatego, że czasu wydaje się być niewiele. Z czysto politycznego punktu widzenia rozsądne i uczciwe rozwiązanie tych zagadnień jest sprawą bardzo ważną, bo niebezpieczeństwo politycznej destabilizacji zbliża się do naszych granic. Igranie w takich warunkach z nastrojami społecznymi w imię, nie wiadomo jakich i czyich interesów może nabrać znamion politycznej lekkomyśl­ności, a nawet przestępstwa.

Wydaje się, że wiele dałoby się jeszcze odrobić, ale należy jak naj­szybciej zdjąć nałożone tu blokady i powołać w duchu odpowiedzialności ludzi fachowych do rozwiązania tych pilnych i ważnych zadań. Komuniści głosili kiedyś hasło, że najpierw należy zniszczyć cały dorobek burżuazji, a dopiero na jej gruzach zbudować fundamenty komunizmu.

Czyż byśmy teraz chcieli zniszczyć wszystko to, co pozostało po komunizmie, (czego nie zbudował przecież komunizm, lecz ofiarna i źle wynagradzana praca całego narodu) i na tych nowych gruzach budować kapitalizm? Czyżby chodziło o to, ażeby ten naród nigdy nie miał możliwości budowania swojego losu wedle swego uznania i rozumienia?

Ks. prof. Józef   Majka
1991 r.

do góry