|
dr Mirosław Habowski Profesorowi Stanisławowi Dąbrowskiemu ORGANIZACJA NARODÓW ZJEDNOCZONYCH W ŚWIETLE POLSKIEJ PRASY KATOLICKIEJ PO 1989 ROKURok 1989 stanowi ważną cezurę w dziejach Polski. Odzyskanie niepodległości, przywrócenie systemu demokratycznego i zasad gospodarki wolnorynkowej są wystarczającymi powodami by traktować tę datę jako przełomową. W pewnym cieniu tych wielkich wydarzeń jest, będący wynikiem demokratyzacji, fakt, najpierw znacznego osłabienia ingerencji cenzury, a rok później jej zniesienia. Dało to ogromną szansę prasie katolickiej, która wreszcie mogła jawnie prezentować swoje stanowisko. Co zrozumiałe, ten nurt polskiej prasy (1) koncentrował swą uwagę na zagadnieniach religijnych, ale nieco uwagi poświęcał także problematyce politycznej, w tym stosunkom międzynarodowym. W tej dziedzinie najwięcej artykułów poświecił integracji europejskiej, ale zaraz na drugim miejscu znalazła się problematyka związana z ONZ. Co zrozumiałe, zadaniem prasy katolickiej było przedstawienie czytelnikom stanowiska Kościoła wobec tej organizacji. Najobszerniej dokonał tego warszawski "Przegląd Katolicki". Wskazywał, że ONZ od samego początku otaczana była szacunkiem wielu narodów, państw i innych organizacji międzynarodowych - także Kościoła katolickiego. Przypominał wystąpienie Pawła VI w siedzibie ONZ, słowa encykliki "Pacem in terris" Jana XXIII (zawartą w niej pochwałę Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka jako wyrazu dalekowzroczności ONZ oraz wskazówkę, że organizacja ta powinna przede wszystkim skutecznie bronić praw człowieka, wypływających bezpośrednio z godności osoby ludzkiej oraz umacniać i ochraniać pokój między narodami w oparciu o zasady równości, wzajemnego poszanowania i żywej współpracy między nimi we wszystkich dziedzinach życia). Zwrócił także uwagę na słowa Jana Pawła II, który w wystąpieniu na forum Zgromadzenia Ogólnego w październiku 1979 roku mówił, że Stolica Apostolska widzi w ONZ "wymowny i wielce obiecujący znak naszych czasów" (2). Mogący wypłynąć stąd wniosek, że prasa katolicka pozytywnie odnosiła się do działalności ONZ w badanym okresie, byłby jednak pochopny. Powyższe pochwały służyły jedynie po to by z niepokojem konstatować fakt ewolucji ONZ w niepożądanym z punktu widzenia Kościoła kierunku. Najdalej posuniętą krytykę ONZ stanowi publicystyka wrocławskiego konserwatysty Tomasza Gabisia, który na łamach "Młodej Polski" wskazywał, że ONZ jest instytucjonalnym wyrazem "jawnej dyplomacji", próbą urzeczywistnienia utopijnej idei "ogólnoludzkiej demokracji". U jej podstaw legła chęć likwidacji polityki siły, która miała być zastąpiona przez otwartą i racjonalną dyskusję. Konserwatywny publicysta uważał, że realizacja tej idei jest niemożliwa. ONZ, jego zdaniem, miała przekreślić zasadę, że to suwerenne państwa są ostateczną instancją międzynarodowego porządku. W następujący sposób przedstawia okoliczności powstania tej organizacji: "II wojna światowa, która była w rzeczywistości "światową wojną domową", gdyż ścierające się w niej państwa walczyły w imię wielkich ideologii i która nie była wojną gabinetową prowadzoną przez zawodowych żołnierzy, lecz demokratyczną wojną ludów, sprzyjała powstawaniu częstych wśród mas nastrojów eschatologicznych i rozszerzaniu się wiary w nastanie wiecznego pokoju. Wojna nie była już działaniem zmierzającym do pokonania przeciwnika, lecz stała się krucjatą". Prezydent Roosevelt przystępował do wojny pod hasłem: Totalna Wojna, Totalne Zwycięstwo, Totalny Pokój, propagując millenarystyczną wizję Ameryki jako zbawcy pogrążonego w barbarzyństwie świata. Oczywiście - pisze Tomasz Gabiś - nie należy zapominać, że ideologiczne wizje i millenarystyczne obietnice były również środkiem, który miał skłonić wielkie masy ludzkie do udziału w wojnie. Jej koniec musiał więc być zwieńczony utworzeniem instytucji mającej zapewnić wieczny pokój. "Właśnie ONZ miała ten pokój zapewnić stojąc na straży nowo osiągniętej "moralnej jedności świata". Powojenna polityka zagraniczna miała zostać zdominowana przez "dyplomację ludów", miała być polityką otwartą, która wyjdzie z gabinetów, w których do tej pory wylęgały się wojny. Kiedy ludy zrozumieją problemy polityki zagranicznej i wezmą ją w swoje ręce, pokój będzie zapewniony. Pierwotna idea prezydenta Roosevelta była nieco inna. USA, Związek Sowiecki, Wlk. Brytania i Chiny miały pełnić rolę czterech Wielkich Policjantów Świata. Pozostałe kraje miały być rozbrojone (po części osiągnięto to później poprzez układ o nierozprzestrzenianiu broni nuklearnej)". W przypadku gdyby któreś z państw naruszało zasady na straży których miały stać mocarstwa, państwo to miało być objęte blokadą, a następnie, gdyby to nie poskutkowało, zostać zbombardowane. "Ten zdumiewający pomysł, który gen. De Gaulle (zapewne niezadowolony, że Francji nie dano funkcji piątego Szeryfa) uznał za system permanentnej interwencji wpisanej na stałe do prawa międzynarodowego, znalazł swoją częściową realizację w postaci tzw. Rady Bezpieczeństwa". Autor wskazuje, że Stany Zjednoczone prowadziły tak samo zaborczą politykę jak oskarżane o militaryzm XIX-wieczne Prusy, co uzasadnia sceptycyzm wobec pokojowych deklaracji USA. Zauważa także, że jednym z głównych twórców ONZ i Deklaracji Praw Człowieka był Jan Smuts - twórca apartheidu (3). Tekst T. Gabisia nie jest jednak reprezentatywny dla całej prasy katolickiej. Niektórzy publicyści katoliccy z dużym szacunkiem odnosili się do idei, które leżały u podstaw ONZ (4), a które T. Gabiś traktował bądź jako utopie, bądź też jako wyraz Paretowskich derywacji. Oba nurty zgadzały się jednak w krytyce stanu aktualnego. Organizacji Narodów Zjednoczonych zarzucała prasa katolicka korupcję, zbyt duże koszty działań, obronę przez ONZ-towskich urzędników własnych prywatnych interesów, trudności w podejmowaniu decyzji, niezdolność do podejmowania działań zapobiegających łamaniu praw człowieka, hipokryzję i w konsekwencji utratę autorytetu (5). Stanowiska katolickich publicystów różniły się jednak w swych konkluzjach. Jedni mieli nadzieję na upadek ONZ (6), większość jednak wskazywała na potrzebę i możliwość zreformowania tej instytucji (7). Katoliccy obrońcy ONZ tłumaczyli, że wielu ze zgłaszających pretensję o niezałatwienie tej czy innej sprawy zapomina, "iż nie jest ona wszechwładnym światowym rządem, a tylko międzynarodową organizacją, całkowicie zależną od państw członkowskich, zwłaszcza zaś wielkich mocarstw, mających często sprzeczne ze sobą interesy" (8). W ten sposób kwestionowano sugestię, obecną także wśród publicystów katolickich, iż ONZ jest właśnie namiastką rządu światowego, będącego zagrożeniem dla istnienia państw narodowych (9). Wydarzeniem, które znacznie obniżyło prestiż ONZ w oczach publicystów katolickich była Konferencja Kairska we wrześniu 1994 r. Już w czerwcu i lipcu tegoż roku czasopisma kościelne informowały swych czytelników o treści opublikowanego przez ONZ projektu dokumentu końcowego tej Konferencji oraz o działaniach Kościoła i papieża Jana Pawła II zmierzającym do ich odrzucenia. Projekt był krytykowany przede wszystkim za próbę uznania "bezpiecznej aborcji" na żądanie i bez żadnych ograniczeń jako fundamentalnego prawa człowieka i pominięcie milczeniem prawa dziecka poczętego do życia. Wskazywano na brak odniesień moralnych i traktowanie płciowości w sposób indywidualistyczny, ignorowanie instytucji małżeństwa, promowanie związków homoseksualnych, postulowanie "prawa do bezpiecznej opcji w dziedzinie seksualnej" poprzez stosowanie środków antykoncepcyjnych i aborcji. Autorom projektu zarzucano także używanie niejasnych sformułowań, których znaczenia się nie określa (na przykład "prawo reprodukcyjne", "zdrowie reprodukcyjne", "bezpieczna aborcja" i "aborcja niebezpieczna"). Prasa katolicka twierdziła, że Konferencja Kairska stanowi wyraźną próbę zastosowania w skali światowej metody powszechnie używanej przez zwolenników moralnego permisywizmu: przedstawiania swych poglądów, będących w istocie propozycją "nowego ładu moralnego", jako zaleceń technicznych, pozbawionych wartościowania, opartych na obiektywnych zdobyczach nauki. Zdaniem ideologów "prawa do bezpiecznej opcji w dziedzinie seksualnej" - wskazywała prasa katolicka - wizja zgodna z tradycyjną moralnością ma więc być jedną z propozycji, którą można z trudem tolerować, ale której odmawia się jakichkolwiek pretensji uniwersalnych. Za szczególnie niebezpieczną uznali katoliccy dziennikarze próbę nadania wyżej przedstawionym poglądom sankcji autorytetu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Przytaczali opinie przedstawiciela Stolicy Apostolskiej w Komitecie przygotowawczym Konferencji Kairskiej, który zwrócił uwagę, że poprzednia Konferencja Ludnościowa w Meksyku promowała powszechne programy edukacji i wspieranie planowania rodziny jako rozwiązanie problemów społecznych. Polemizowali oni także z oficjalnym uzasadnieniem założeń przygotowanego na Konferencję Kairską projektu, jakim była obawa przed przeludnieniem: "Prasa światowa pełna jest - pisał jeden z czołowych publicystów miesięcznika "Więź" - iście apokaliptycznych wizji, którym przypisuje wagę hipotez uzasadnionych naukowo. Tymczasem, jak podczas niedawnego Kongresu Rodziny wykazał francuski demograf Gerard-Francois Dumont, prognozy wahają się pomiędzy przewidywaniem niepohamowanego wzrostu liczby ludności Ziemi a spodziewanym wymarciem naszego gatunku około 2400 roku. Już ta różnica powinna nas skłonić do większej rezerwy wobec naukowych podobno przewidywań". Pisma katolickie wskazywały, że analiza długookresowych zmian demograficznych nie potwierdza alarmistycznych prognoz. W krajach rozwiniętych po wielowiekowym okresie wysokiej liczby urodzeń i wysokiej umieralności, w wyniku postępu cywilizacyjnego nastąpił spadek umieralności, co w połączeniu z niezmiennie wysoką liczbą urodzeń spowodowało gwałtowny wzrost liczby ludności. Po pewnym czasie jednak liczba urodzeń spadła dostosowując się do zmniejszonej umieralności, zwłaszcza dzieci i młodzieży. W efekcie krajom tym, jeśli nie zmienią się obecne tendencje, grozi dziś wyludnienie. Ten sam proces powtarza się obecnie w krajach Trzeciego Świata. Dlatego, konkludowali katoliccy publicyści, prognozy katastrofalnego przeludnienia nie są naukowo uzasadnionymi hipotezami, ale raczej ubranym w naukowe szaty wyrazem przekonań ideologicznych. Z surową krytyką spotykała się działalność Funduszu ONZ ds. Działalności Związanej z Ludnością (kierowanego przez Nafis Sadik), Program ONZ do Spraw Rozwoju, Bank Światowy, UNICEF, Światowa Organizacja Zdrowia, Międzynarodowa Federacja Planowania Rodziny i inne "organizacje propagujące antykoncepcję, sterylizację i zabijanie dzieci w łonach matek", a z których, jak wskazywano, wywodzi się wielu ONZ-towskich funkcjonariuszy. Krytykowano także prezydenta USA Billa Clintona, za naciski wywierane przez Stany Zjednoczone na państwa nie akceptujące dostępu do "bezpiecznej aborcji" oraz rządy Francji, Hiszpanii, krajów skandynawskich. Oskarżano je o narzucanie krajom ubogim nadzór nad ich rozwojem, przede wszystkim demograficznym. Zdaniem poznańskiego "Przewodnika Katolickiego" największym skandalem jest ukrycie za różnymi eufemistycznymi hasłami i pojęciami zamiaru uzależnienia pomocy gospodarczej dla krajów ubogich od upowszechnienia antykoncepcji, środków wczesnoporonnych, aborcji i sterylizacji. Pozytywnie oceniono natomiast stanowisko rządów południowoamerykańskich. Podkreślano jednak, że to Kościół stał się - jak pisał "Przegląd Katolicki" - "głównym oponentem antyludzkich i antychrześcijańskich planów inicjowanych i wspieranych przez ONZ" (10). W komentarzach po Konferencji Kairskiej stwierdzano, że była ona wyrazem "egoizmu bogatych": "zamiast okazać solidarność krajom biednym, bogaci władcy świata chcą ograniczyć w tych krajach liczbę dzieci. I jeszcze grożą, że jak te kraje się do tego nie dostosują, to nie dostaną pieniędzy na wyżywienie" (11). Krytykowano sam przebieg Konferencji, a zwłaszcza złożoną z ze zwolenników kontroli urodzeń i feministek delegację USA i zachowanie jej przewodniczącego Tima Wirtha (założyciela organizacji Wzrost Zero). Charakteryzując go, wskazano na fakt, że rozdrażniony postawą delegacji watykańskiej powiedział, że "Watykan jest tylko małym państewkiem, które nie ma nawet tysiąca mieszkańców". Wskazywano na presję jaką wywierano na dziennikarzy "pro life". Polemizowano z lansowaną na Konferencji tezą, że rozwój ekonomiczny Chin w latach 50. i 60. był hamowany przez wzrost ludności, twierdząc, że było to raczej skutkiem "szalonej polityki maoistowskiej". Za tragiczną farsę uznano wystąpienia, w których przedstawiciele zachodnich organizacji pozarządowych zarzucali krajom Trzeciego Świata egoizm (12). Zauważano jednak także fakty pozytywne, jak na przykład zapisanie na początku rozdziału pryncypiów nadrzędnej zasady respektowania wartości religijnych, kulturowych, tradycji narodów i ogólnie przyjętych uniwersalnych praw człowieka. Podsumowując stwierdzano, że "wszystkie te pozytywne stwierdzenia, choć rozsiane po dokumencie i często zestawione z innymi, osłabiającymi ich znaczenie zdaniami, decydują o tym, iż w dokumencie końcowym z Kairu zostały obronione podstawowe tradycyjne wartości ogólnoludzkie, do których w pierwszym rzędzie zalicza się rodzina. Konferencja w Kairze była areną bardzo ważnej, często dramatycznej dyskusji. Wysiłek intelektualny i moralny tam ujawniony będzie owocował także w przyszłości" (13). Pięć lat później pisząc o Konferencji Kairskiej uznano ją za "prawdziwe starcie między Watykanem a bogatymi krajami", starcie, mimo trudności, wygrane (14). Jeszcze nie przebrzmiało oburzenie prasy katolickiej z powodu postawy państw bogatej Północy na Konferencji w Kairze, gdy dostrzegła ona, że "plan eksterminacji dużej części ludzkości" (15) ma być przeforsowany na IV Światowej Konferencji Kobiet w Pekinie we wrześniu 1995 roku. Katoliccy publicyści uważali za niestosowną samą lokalizację konferencji: "ONZ-owskim działaczom i działaczkom wcale nie przeszkadzają zapewne mocno przesadzone "plotki" o wydarzeniach z czerwca 1989 roku na Placu Niebiańskiego Spokoju" (16). Wskazywano na złą sytuację kobiet w Chinach i oburzano się z powodu wypowiedzi sekretarza generalnego Konferencji Gertrudy Mongelli, która żądała od przyszłych uczestników Konferencji nie poruszania spraw niewygodnych dla gospodarzy (17). Obszernie informowano także o stosunku Kościoła wobec projektu dokumentu końcowego Konferencji w Pekinie. Kościół, donosiła polska prasa katolicka, obawia się kolejnej próby odrzucenia przyjętej na Konferencji w Meksyku (1984) stwierdzenia, że "aborcja nie będzie nigdy propagowana jako metoda planowania rodziny". Wyrażał niepokój "brakiem równowagi ideologicznej", wyrażający się chociażby faktem, że termin "gender" pojawia się w tekście ok. 300 razy, "seks/seksualny/seksualność" 100 razy, natomiast termin "matka/macierzyństwo" tylko 10 razy. Podobnie jak rok wcześniej, niepokojono się użyciem terminów niejednoznacznych ("sexual orientation", "life style"). Zwracano uwagę, że w projekcie na temat problemów zdrowia związanych z życiem seksualnym mówi się czterdziestokrotnie, a o chorobach tropikalnych zaledwie dwukrotnie. Dzieje się to w sytuacji gdy według danych Światowej Organizacji Zdrowia w 1994 r. było cztery miliony przypadków zarażenia wirusem HIV a przypadków chorób tropikalnych było pomiędzy 650 a 850 milionów. Informowano także, że Stolica Apostolska nawiązała w sprawie Konferencji w Pekinie kontakt z przedstawicielami islamu (18). Prezentując przebieg Konferencji w Pekinie zwracano uwagę na brak zainteresowania uczestników Konferencji demonstracjami Tybetanek, zastosowaniem przez chińskie władze "bardzo skutecznej blokady na łączu między Konferencją a społeczeństwem chińskim", wybranie na prezydenta Konferencji Chen Muhua (przewodniczącej Wszechchińskiej Federacji Kobiet, bezpośrednio odpowiedzialnej za realizację programu kontroli urodzeń w Chinach), dyskryminację obserwatorów reprezentujących organizacje pro family i pro life (np. list Matki Teresy z Kalkuty musiał być odczytany na konferencji prasowej delegacji Gwatemali, bo nie znaleziono dla niego czasu w Sesji Plenarnej, choć przedstawicielki radykalnego feminizmu nie miały problemów ze swobodnym wypowiadaniem swoich poglądów). Jak donosił tygodnik "Ład" już w czasie trwania Konferencji w Pekinie prowadzono natrętną propagandę ogłaszającą jej wielki sukces. "Miało to na celu oznajmienie światu, że pekiński dokument jest dla wszystkich zobowiązujący i jak to określiła Gertruda Mongalla - Sekretarz Generalny Konferencji - "jest rewolucją w sferze moralności". Jeśli wszyscy w to uwierzą, sukces feministek będzie pełny, gdyż chodzi im przede wszystkim o to, aby rządy poszczególnych krajów zaczęły ich program wprowadzać w życie. (...) Trzeba przypomnieć, że dokumenty takie jak ten z konferencji dotyczącej sytuacji kobiet nie są podpisywane. Jedynie na drodze zgłaszania zastrzeżeń poszczególne kraje mogą wyrazić swoją dezaprobatę. W sytuacji gdy zastrzeżeń takich się nie zgłasza przyjmuje się, że dana delegacja akceptuje dokument a występująca w niej klauzula zobowiązuje rząd do wykonania postanowień Konferencji. W Pekinie wiele państw złożyło swoje zastrzeżenia nie tylko do poszczególnych punktów ale również do całości dokumentu końcowego. Podstawą tych kontrowersji były zapisy na temat praw seksualnych, zdrowia reprodukcyjnego, wartości religijnych i kulturowych". Prasa katolicka stwierdzała istnienie tendencji do ograniczania praw rodziców, zapewnienia równości praw homoseksualistom, co ma swoje odzwierciedlenie w definicji rodziny i jej prawa do adopcji oraz funkcji wychowawczych. Aborcja jako metoda planowania rodziny została w Pekinie odrzucona ale zaakceptowano terminy "bezpieczna i niebezpieczna aborcja", co sugeruje, że jej legalizacja czyni ją nieszkodliwą dla kobiety. Pominięto obowiązek informowania o szkodliwości antykoncepcji. Małżeństwo i rodzinę potraktowano jako przeszkody w samorealizacji kobiet. Odniesienia do religii, obyczajowości, etyki, duchowości pojawiają się jedynie w negatywnym kontekście. Łączy się je najczęściej z pojęciami szowinizmu czy fanatyzmu. Podobnie mówi się o macierzyństwie. "Ład" oskarżał: "Do Pekinu przyjechało ponad dwanaście tysięcy delegatów reprezentujących rządy osiemdziesięciu pięciu państw. Można więc przypuszczać, że koszt zorganizowania takiej imprezy był ogromny. Być może suma ta mogłaby pokryć wiele wydatków związanych z zahamowaniem klęski głodu czy chorób zakaźnych. Niestety dla grupy feministek ważniejsze niż życie tysięcy kobiet i ich dzieci okazało się propagowanie własnej ideologii. Dla głodujących matek w Afryce czy w Azji nie ma znaczenia, czy homoseksualiści będą mogli adoptować dzieci, czy też jakaś "siostra" feministka zagwarantuje jej, że jest człowiekiem jak każdy mężczyzna" (19). Na marginesie dyskusji o ONZ ujawnił się także negatywny stosunek znacznej części prasy katolickiej do Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Oskarżano go o spełnianie roli jednego z najważniejszych (obok Banku Światowego) instrumentów globalnej dominacji finansowej USA (20). Ekonomistom obu tych instytucji zarzucano wyznawanie teorii neomaltuzjańskich i uzależnianie przydziału pożyczek krajom biednym od wprowadzenia polityki ograniczania urodzeń i finansowanie organizacji proaborcyjnych (21). Obrony MFW podjął się liberalno-katolicki "Przegląd Powszechny". Nie odniósł się on jednak do przedstawionych powyżej zarzutów, ale do hasła przeciwstawienia się "dyktatowi MFW". Według publicysty "Przeglądu" slogan ten najczęściej głoszą rosyjscy i ukraińscy komuniści, ale w Polsce jest powtarzane nie tyle przez SLD, "ile przez ludzi uważających się za prawicę i za narodowców". I wyjaśniał dalej: Międzynarodowy Fundusz Walutowy został utworzony z inicjatywy i pod auspicjami ONZ. Państwa członkowskie wnoszą do funduszu uzgodnione sumy w dolarach, a część wkładu - w złocie. Zadaniem MFW jest pomaganie tym krajom członkowskim, które tego potrzebują, w rozwiązywaniu ich problemów finansowych. Zasady udzielania takiej pomocy podlegają dość ścisłym kryteriom. Udzielanie pomocy filantropijnej czy charytatywnej nie jest zadaniem MFW. Pomoc Funduszu jest udzielana na prośbę zainteresowanych rządów i musi być zgodna z zasadami ustalonymi przez członków Funduszu. Co można zarzucić MFW? - pyta publicysta "Przeglądu Powszechnego" - Po pierwsze to, że - podobnie jak ONZ - jest wielką instytucją podlegającą biurokratycznym prawidłom rządzącym tego rodzaju ciałami. Po drugie: że działając na nowatorskim polu, w sposób dawniej nieznany i mając do czynienia z rozmaitymi rządami i krajami, starał się wyrobić pewne zasady i kryteria, którymi się kieruje, ponosząc odpowiedzialność za powierzone mu pieniądze; i że nieraz popełniał w tym poważne błędy. Ale będąc bankiem i mając obowiązek rozliczania się przed członkami ze sposobu, w jaki wydaje powierzone mu pieniądze, MFW nie może ich rozdawać na każde życzenie. Musi stawiać pytania, żądać szczegółów, ustalać pewne obowiązujące kryteria. Dlatego nie wystarczy, by jakiś rząd zwrócił się z prośbą o kredyty; musi też przedstawić plan ich wykorzystania, udowodnić, że prowadzi racjonalną politykę finansową. W przypadku krajów postkomunistycznych bierze się przede wszystkim pod uwagę czy dany kraj reformuje gospodarkę, czy też chce zużyć kredyty na bezzwrotne subwencje dla nierentownych przedsiębiorstw. I tu właśnie zaczynają się oskarżenia o "dyktat MFW". Jest to hasło demagogiczne, za którym kryje się żądanie, by zaprzestać reform i odciąć się od świata. Słowo "dyktat" jest tu używane fałszywie, MFW podejmuje bowiem działania wyłącznie na prośbę danego rządu (22). W drugiej połowie lat 90. działalność ONZ rzadko stawała się tematem artykułów publikowanych w czasopismach katolickich. Niekiedy ograniczano się do krótkich jedno- dwuzdaniowych informacji (23). Nieco częściej tematyka związana z ONZ pojawiała się latach 1998-2000. Miało to związek z pięćdziesiątą rocznicą podpisania Powszechnej Karty Praw Człowieka (24), XXI Nadzwyczajnej Sesji Zgromadzenia ONZ w 1999 roku, której zadaniem był przegląd i ocena sposobu wdrażania Programu Konferencji Ludnościowej w Kairze (25), sesją ONZ "Kobiety 2000. Równość płci, rozwój i pokój w XXI wieku" (26) oraz inicjatywą organizacji proaborcyjnych postulującą wykluczenie Stolicy Apostolskiej z ONZ (27). Podsumowując prezentację stanowiska prasy katolickiej wobec ONZ należy zwrócić uwagę, że ten nurt polskiej prasy interesował się głównie moralnymi aspektami działalności tej organizacji. Paradoksalnie, przychodziło mu bronić praw człowieka przed instytucją, która w pierwszym okresie swej działalności wypracowała Powszechną Deklarację Praw Człowieka.
dr Mirosław Habowski
Autor jest pracownikiem naukowym
Przypisy: |