|
dr Mirosław Habowski PROBLEMATYKA DEMOGRAFICZNA NA ŁAMACH PRASY KATOLICKIEJ W POLSCEReligijny charakter prasy katolickiej powoduje, że koncentruje się ona na zagadnieniach dotyczących bezpośrednio sfery sacrum. Stosunkowo niewiele miejsca poświęca ona problematyce politycznej. Jeżeli już to czyni, to z reguły na pierwszym planie widoczny jest etyczny kontekst podejmowanego zagadnienia. Tak też jest w przypadku problematyki demograficznej. W związku z konferencjami ONZ w Kairze i Pekinie stały się one tematem kilkunastu artykułów opublikowanych przez związane z Kościołem tytuły prasowe. Przyczyną takiego zainteresowania była przede wszystkim kwestia wykorzystywania argumentów demograficznych przeciwko prawu do życia dziecka poczętego. Aspekt ten prasa katolicka podkreślała wielokrotnie. Tygodnik "Niedziela" przypominał, że gdy w lipcu 1987 r. świat obiegła informacja, iż na Ziemi żyje 5 mld ludzi, "możni tego świata uderzyli znowu na alarm. Z wielką satysfakcją przypominali teorie o konieczności kontroli urodzeń, widząc w naturalnym rozwoju ludności zgubę dla całej planety". Tygodnik "Ład" wskazywał, że w ciągu ponad 20 lat grupy forsujące kontrolę urodzin prowadziły potężną kampanię polityczną i ideologiczną, by upowszechnić ideę, że ustawiczny przyrost ludności stanowi jeden z najpoważniejszych problemów światowych. To samo pismo omawiając dokument roboczy Papieskiej Rady do spraw Rodziny z 25 III 1995 r. wskazywało także na demograficzne tło postulatów uśmiercania ludzi chorych i starych (tzw. eutanazji). Jak wspominałem, szczególny niepokój katolickich publicystów wzbudzały projekty dotyczące polityki ludnościowej przygotowane na Konferencję Kairską (5-13 IX 1994). Pisano, że obawy o konsekwencje Kairu' 94 dotyczą "przyszłości cywilizacji ludzkiej i przyszłości każdego człowieka, każdego narodu. Konferencja ta - przewidywano - zapowiada się jako decydująca o losach świata ludzkiego próba moralna: czy ONZ przygotowuje ludności rzeczywisty rozwój, czy też przygotowuje erę nowego, globalnego ustroju niewolnictwa i ludobójstwa? Zapewne nikt z autorów tej konferencji nie planował cofania dziejów świata ku czasom, które minęły, a jednak do tego może dojść, jeżeli zasady etyczne i uniwersalne wartości ludzkie zostaną w Kairze pogwałcone. Jeżeli miejsce sumienia i prawa moralnego zajmie światowa biurokracja, sprawująca swe rządy nad ludnością świata dla dobrobytu i rozwoju tych, którzy ją zorganizują w system zabezpieczenia swoich egoistycznych celów, planów czy pomysłów. Jeżeli narody i państwa uczestniczące w tej konferencji zgodzą się na to, by światowa biurokracja decydowała o ich suwerenności i tożsamości, jeżeli wyrzekną się swej niepodległości w tak fundamentalnej sprawie, jak życie i rozwój swego narodu, swych obywateli i rodzin, to przecież wtedy dopiero powstanie realne zagrożenie dla pokoju na całym świecie. Wtedy też, dla milionów ludzi jeszcze nie narodzonych, jak i już narodzonych, przyszłość może mieć złowrogie imię ludobójstwa i niewoli. Świat potrzebuje mądrego i etycznego współdziałania w rozwiązywaniu trudnych problemów demograficznych, ale nie może ich poszukiwać na drodze śmierci i egoizmu". Bardziej konkretnie, wskazywano, że pomimo oficjalnego tytułu konferencji (Światowa Konferencja nt. Ludności i Rozwoju) projekt aktu końcowego prawie nic nie mówi o rozwoju (6 na ogółem 83 strony tekstu). Główny akcent położony jest na politykę ograniczania urodzeń. Przed naturalne metody planowania rodziny wysunięte są środki niemoralne: aborcja, sterylizacja i antykoncepcja. Prawo do aborcji i powszechny do niej dostęp przedstawiane są jako fundamentalne prawa człowieka, a w szczególności kobiety. Mają one zostać zagwarantowane na skalę międzynarodową przez ONZ. Jak informowała prasa katolicka do roku 2012 na programy kontroli demograficznej planowano wydać 50 mld dolarów. Marek Kośmicki zwrócił uwagę, że znaczna część tych pieniędzy będzie pochodziło od międzynarodowych fundacji, szczególnie ze Stanów Zjednoczonych i Japonii. Jednak znaczna część pieniędzy będzie musiała pochodzić z cięć budżetowych dotyczących innych obszarów rozwoju gospodarczego, z oświaty, służby zdrowia, rozwoju przemysłowego i innych. Zatem jest to projekt arbitralnego przekształcenia dotychczasowej hierarchii potrzeb wypracowywanej latami przez poszczególne kraje i na ogół akceptowanej przez większość społeczeństw. To nowe ustalenie hierarchii potrzeb społecznych z konsekwencją nowego podziału funduszy przeznaczonych na cele społeczne wynika z nowej filozofii rozumienia polityki ludnościowej i stąd przedstawiony dokument wydaje się bardziej ideologiczny niż analogiczne dokumenty prezentowane na poprzednich Światowych Konferencjach. Przygotowywana konferencja w Kairze - przewidywał katolicki publicysta - bardziej będzie dotyczyła sposobów życia niż ludności i rozwoju w tradycyjnym rozumieniu tych słów. W dyskusji nad sposobami życia spodziewał się on forsowania indywidualistycznego spojrzenia na ludzką płciowość, popularyzowanego w społeczeństwach północnej i zachodniej Europy oraz w Stanach Zjednoczonych, z intencją wprowadzania takiego stylu życia w krajach, gdzie dotychczas przeważało tradycyjne pojmowanie rodziny. M. Kośmicki zwrócił uwagę, że rodzina według Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka jest zdefiniowana jako podstawowa komórka społeczna, natomiast w projekcie na konferencje kairską pojęcie "rodzina" niemal nie występuje (jedynie jako "planowanie rodziny"). Podobnie nie występuje słowo małżeństwo, co może sugerować, że ignoruje się małżeństwo, podobnie jak rodzinę, jak gdyby były to jakieś przeżytki. W omawianym artykule zwrócono także uwagę na nową kategorię, jaka znalazła się w dokumencie, mianowicie "zdrowie reprodukcyjne" i "prawa reprodukcyjne". Dostrzeżono, że przetłumaczenie tych nowych pojęć na odpowiednie języki będzie wymagało uzgodnień. Można je interpretować od strony pozytywnej określając tymi pojęciami pomoc kobietom w przygotowaniu do macierzyństwa, poprawę ogólnych warunków zdrowotnych okresu ciąży i rozrodu, opiekę nad matką i dzieckiem po porodzie. Autor artykułu w "Słowie" skłaniał się jednak do poglądu, że w prezentowanym dokumencie pojęcia te są rozumiane w sposób ideologiczny. Odnoszą się przede wszystkim do praw indywidualnych w odniesieniu do płciowości i reprodukcji, bez jakichkolwiek odniesień do małżeństwa. Sztuczne poronienie zostało włączone do podstawowych członów definicji "zdrowia reprodukcyjnego", a termin "prawo reprodukcyjne" jest interpretowany w wielu określeniach z pozycji radykalnego wydania ideologii "pro-choice". Nowym pojęciem słownym mającym ułatwić zaakceptowanie aborcji "na żądanie" jest wprowadzenie określenia "aborcji niebezpiecznej" utożsamianej praktycznie z aborcją nielegalną. Miało to prowadzić do wniosku, że dla uniknięcia śmierci matki niezbędne jest zalegalizowanie sztucznego poronienia. A zatem objęcie aborcji legalnością prawną automatycznie pociąga za sobą bezpieczeństwo medyczne. Tak jednak nie jest! - stanowczo stwierdza M. Kośmicki. Tekst projektu - wskazuje on - zawiera bardzo mocne obciążenie ideologiczne, co wyraża się w "emocjonalnym" wykorzystywaniu statystyk. Twierdzi się więc, że w "niektórych krajach co najmniej połowa przypadków śmierci matek wynika z aborcji wykonywanych w sposób niebezpieczny, podczas gdy w wielu innych jest spowodowana brakiem podstawowej opieki przed i po urodzeniu oraz brakiem opieki nad macierzyństwem". Zastosowany tu ogólnikowy język bardzo utrudnia odrzucenie tych twierdzeń bez posądzenia o sprzyjanie śmierci matek. Katolicki publicysta przywołuje jednak dokument Światowej Organizacji Zdrowia (WHO - MSM - 92,5), według którego aborcja nie jest niebezpieczna przez fakt swej nielegalności. Wskazuje wreszcie, że cała filozofia dokumentu oparta jest na tezie głoszącej, że światu zagraża przeludnienie. Z tezą tą M. Kośmicki, powołując się na prace prof. Gerarda Dumonta, się nie zgadza. Szczególnie krytycznie w kontekście Kairu pisali katoliccy dziennikarze o polityce Stanów Zjednoczonych. Komentator "Słowa" poinformował, że według sekretarza stanu USA Warrena Christophera dostęp do bezpiecznej aborcji należy do priorytetów polityki zagranicznej tego mocarstwa. W telegramie rozesłanym w 1993 r. przez Departament Stanu do ambasadorów USA mowa jest o tym, że "obecna administracja będzie kontynuowała spójniejszą politykę podkreślającą potrzebę powszechnego dostępu do planowania rodziny i związanych z nim usług dotyczących zdrowia reprodukcyjnego, w tym bezpiecznej aborcji. W związku z tym wszystkie placówki mają wyznaczyć osobę odpowiedzialną za kwestie ludnościowe. Kwestie demograficzne były też głównym tematem rozmowy Jana Pawła II z prezydentem Clintonem 2 VI 1994. Proszony o skomentowanie jej wyników amerykański prezydent powiedział, że jest zobowiązany zrealizować obietnice, jakie uczynił podczas kampanii wyborczej, czyli odejść jak najdalej od polityki ustalonej na Konferencji nt. Ludności i Rozwoju ONZ w Meksyku w 1984 r. Postanowiono wtedy, że aborcja nigdy nie będzie uznana za metodę kontroli urodzeń. W komentarzu do przedstawionych faktów publicysta "Słowa" stwierdził, że polityka tego państwa i projekty ONZ zmierzają do rozszerzenia na cały świat tego, co Ojciec Święty nazywa "cywilizacją śmierci". Także na łamach "Słowa" politykę USA skrytykował Czesław Bartnik. Pisał on o "kołach rządzących USA, które po upadku Związku Radzieckiego wyrastają na następne imperium zła, imperium ateizujące, Nowy Babilon Świata. W innym artykule przypomniano o raporcie Kissingera zalecającym, aby Waszyngton używał agencji ONZ do rozprzestrzeniania na całym świecie kampanii kontroli demograficznej. "Przegląd Katolicki" wskazywał, że w krajach bogatych (szczególnie w USA) zaczęła narastać podsycana przez permisywne ośrodki i mass media oraz niektórych polityków psychoza nowego zagrożenia. "Coraz głośniej i częściej zaczęto głosić tezę, że grozi nam eksplozja demograficzna w Trzecim Świecie, a postęp gospodarczy nie będzie nadążał za tak szybkim przyrostem ludności. Poglądy eugenistyczne i rasistowskie, wydawać by się mogło ostatecznie porzucone na śmietniku historii razem z ideologią hitlerowską, odżyły i inspirują promotorów konferencji kairskiej". Należy zauważyć, że przeciwstawianie "złych" Stanów Zjednoczonych "dobrym" państwom Trzeciego Świata było o tyle nieszczęśliwe, że jak okazało się chociażby w grudniu 2002 r. na regionalnej konferencji ludnościowej w Bangkoku rządy państw azjatyckich odrzuciły postulaty amerykańskiej administracji prezydenta Georga Busha, który postulował umieszczenie poprawek zakazujących zabiegów aborcyjnych jako metody planowania rodziny. Chociaż uczciwie trzeba przyznać, że prasa katolicka krytykowała także ludnościową politykę Indii i Chin. Prasa katolicka informowała także o reakcji Stolicy Apostolskiej na przygotowane projekty. Informowano, że Papież wyraził opinię, iż przyjęcie przygotowanych na nią projektów ONZ w sprawie zaludnienia sprawi, że Rok Rodziny stanie się rokiem zwróconym przeciw rodzinie. Natomiast Papieska Rada ds. Rodziny w dokumencie "Etyczne i pastoralne wymiary trendów demograficznych" wyraziła obawę, że instytucje międzynarodowe są na usługach krajów zamożnych, a ich pomoc wobec uboższych uzależniana jest od spełnienia niemoralnych warunków dotyczących życia ludzkiego. W dokumencie stwierdzano, że organizacje międzynarodowe "nie mają prawa czynić nacisków na państwa czy wspólnoty narodowe w celu narzucenia im polityki nie do pogodzenia z szacunkiem dla osoby ludzkiej, dla rodziny i dla niezależności poszczególnych krajów". Donoszono także o innych działaniach Watykanu: wystąpieniu prałata Diarmunda Martina z Papieskiej Komisji Iustitia et Pax na spotkaniu przygotowawczym przed konferencją kairską w Nowym Yorku w kwietniu 1994 r. czy wystąpieniu kardynała Angelo Sodano na posiedzeniu Synodu Afrykańskiego 21 IV 1994 r. Sekretarz Stanu Stolicy Apostolskiej zaznaczył w nim, że od czasu pierwszej Konferencji Ludnościowej ONZ w Bukareszcie (1974 r.) dokonano zmiany opcji: "Podczas gdy na początku uwaga była zwrócona na zadania rządów, obecnie centrum dyskusji stanowią prawa kobiety, do których włącza się prawo do aborcji traktowane jako prawo człowieka, bez zważania na życie dziecka poczętego". Zgodnie z projektem dokumentu końcowego - relacjonuje dalej wystąpienie kardynała Sodano dziennik "Słowo" - "furtką, którą chce się otworzyć dla aborcji, jest pojęcie aborcji niebezpiecznej. Uważa się, że dla uniknięcia śmierci matki niezbędna jest legalizacja aborcji". Przedstawiono także reakcję środowisk laickich na apele Kościoła. Cz. Bartnik zwrócił uwagę, że gdy zorientowały się one, iż - "mimo wykrętnych sformułowań" - katolicy, muzułmanie i ortodoksyjni Żydzi oraz wiele państw katolickich, nie przyjmą, ze szkodą dla jedności, przygotowanej rezolucji końcowej, zaczęto nagle cały dokument "inaczej interpretować i komentować". Na skalę ogólną zrobiła to na początku sierpnia 1994 r. Nafis Sudik, sekretarz generalny konferencji, a w Polsce Olena Skwiecińska, "chwaląca aborcję od r. 1989, sugerująca w "Gazecie Wyborczej" (31 VIII 1994), coraz otwarciej atakującej cały Kościół katolicki, że Watykan, Episkopat Polski i państwa o orientacji proludzkiej nie czytały projektu rezolucji kairskiej konferencji demograficznej. Nie czytały? Tak nisko jesteśmy oceniani intelektualnie i cywilizacyjnie. Ludzie wierzący w Boga i katolicy nie umieją czytać, nie znają obcych języków, a jeśli już czytają to - łącznie z ciemnym Watykanem, niczego nie rozumieją? Samo to mówi o zwolennikach owego dokumentu". Także przed Światową Konferencją w Sprawie Kobiet w Pekinie w 1995 r. powrócono do problemów demograficznych. Marian Miszalski, znany publicysta tygodnika "Niedziela" przewidywał, że "na nadchodzącej Konferencji ONZ w Pekinie zderzą się ze sobą dwie opcje: ta, która w imię wygody i egoizmu politycznego rządzących w różnych krajach partii lewicowych forsować będzie ograniczenie urodzin, jako swoistą dyrektywę światową, i ta, która przeciwstawiać się będzie tego rodzaju krótkowzrocznemu, cynicznemu egoizmowi. I będzie to o tyle przeciwstawienie się w imię godności człowieka, co w imię dalekowzrocznego myślenia o rzeczywistych ważnych problemach naszego świata". Organizacja Narodów Zjednoczonych za jej politykę demograficzną była krytykowana nie tylko jeśli chodzi o obie konferencje. Przypominano, że w 1983 r. ONZ po raz pierwszy przyznał nagrodę za planowanie rodziny. Dostały ją ex aequo Indie i Chiny. Prasa katolicka podała przykłady zbrodniczych praktyk stosowanych przez rządy tych krajów dla osiągnięcia celów demograficznych (przymusowa sterylizacja, przymusowe aborcje). Krytykowano także działalność UNICEF i UNFPA. Wskazywano, że pierwsza z tych organizacji, mająca chronić dzieci, nie tylko nie robi nic, "aby polepszyć bezpieczeństwo tych feralnych dziewięciu miesięcy, kiedy ginie więcej niż połowa najmniejszych Polaków, Amerykanów, Włochów, Niemców, wszelkiej nacji Azjatów i Murzynów: ginie przez rozerwanie skalpelem, rozszarpanie ssaniem medycznej aparatury, rozpuszczenie chemikaliami, wysuszenie brakiem pożywienia... Wręcz przeciwnie UNICEF jest głównym motorem napędzającym tę machinę śmierci na nie spotykaną w dziejach skalę. To jest prawdziwe oblicze tej organizacji, agendy ONZ, któremu każdy uczciwy człowiek powinien dobrze się przyjrzeć, zanim cokolwiek powie o tym istnym międzynarodowym gangu. Zanim chociażby sięgnie po kartę Bożonarodzeniową z dwuznacznym emblematem, na którym kobieta podnosi dziecko, niech pomyśli, że dokłada następne pieniądze do prawdziwej masakry. Ten emblemat byłby bardziej odpowiedni, gdyby zamiast wieńca laurowego okalał go wieniec żałobny milionów ofiar UNICEF na całym świecie bez względu na kolor skóry, narodowość, wyznanie i poglądy, jak lubią deklarować te organizacje". Prasa katolicka podjęła zdecydowana walkę z maltuzjanizmem. Wskazywała na przemycanie twierdzeń tej ideologii do lekkich powieści kryminalnych, publikacji naukowych czy katastroficzne stwierdzenia w prasie wysokonakładowej. Jako negatywny przykład posłużył artykuł w tygodniku "Wprost", "który autorytatywnie oświadcza, że ludzkość sama sobie szykuje katastrofę, której uniknąć (...) już się nie da, bo nawet gdyby obecnie zrzucano codziennie jedną bombę atomową, podobną do tej, która wybuchła w Hiroszimie to i tak efekt byłby niewielki: 90 tys. zabitych zastępowałoby 250 tys. nowo narodzonych. Toteż teraz eksplozji ludnościowej nic już nie powstrzyma. Ani AIDS, ani wojny. Wszystko to zaś z winy absurdalnych nakazów Kościoła katolickiego oraz ingerencji Watykanu, blokujących już w zarodku racjonalną politykę ludnościową". Zwracano także uwagę na takie wpadki rodzimych propagandystów maltuzjanizmu jak błędne tłumaczenia amerykańskiego słowa "bilion" na bilion a nie na miliard. Chociaż prasa katolicka doszukiwała się w tym przypadku manipulacji, ja osobiście sądzę, że jest to raczej przykład niekompetencji wielu dziennikarzy liberalnego nurtu polskich mediów. Powołując się na prace prof. G.F. Dumonta publicystyka katolicka wskazywała, że zagrożenie przeludnieniem jest zagrożeniem pozornym. Stwierdzała, że paradoksalnie nastroje lękowe przed przeludnieniem są rozpowszechniane szczególnie w momencie, kiedy obserwujemy poważne zahamowanie przyrostu ludności na świecie. Szczególny spadek urodzeń - informował ten nurt prasy - występuje w Europie, ostatnio także Europy południowej, która wykazuje obecnie najniższą rozrodczość na świecie. Dane liczbowe wykazujące rzeczywistą sytuację demograficzną świata - stopa przyrostu w wielu krajach z trudem utrzymuje się na poziomie prostej zastępowalności pokoleń - są znane ekspertom demografii. Jednak rola ekspertów nie ogranicza się do informowania o faktach, lecz polega głównie na ich interpretacji. Na to z kolei poważnie wpływa światopogląd ekspertów i ich formacja zawodowa. M.Kośmicki podkreśla w tym kontekście fakt, iż "wielu ekspertów w dziedzinie demografii pozostaje pod wyraźnym wpływem idei maltuzjańskich, co oznacza w uproszczeniu - mający źródła ideologiczne - lęk przed wzrostem populacji". Ceniony przez prasę katolicką ks. Michel Schoyans, prof. Uniwersytetu w Louvain wskazywał na wyraźny spadek współczynnika dzietności nie tylko w Europie, ale także w krajach Trzeciego Świata. Podjął on polemikę z samym pojęciem "przeludnienie". Wskazywał, że jest to termin "wybitnie relatywny". Stwierdzał, że "przeludnienie jest nową nazwą, którą daje się biedzie. Co to jest bieda? Jest to brak równowagi między liczbą ludzi i zasobami. Co to jest przeludnienie? Jest to brak równowagi pomiędzy ludźmi i ich zasobami. Przeludnienie jest pogardliwą nazwą, którą nadaje się w krajach bogatych dla krajów biednych. Kiedy mówimy o ubóstwie, nasze serce się wzrusza. Kiedy mówimy o przeludnieniu, stajemy się agresywni względem biednych". Polemizował także z takimi terminami jak "zdolność nośna Ziemi", wskazując, ze Malthus twierdził, że Anglia nie jest zdolna pomieścić więcej jak dziesięć milionów mieszkańców. W przeciwieństwie do maltuzjan ks. Schoyans twierdzi, że zdolność nośna Ziemi zależy głównie od możliwości oddziaływania człowieka na Ziemię. Publicysta "Ładu" zwracał uwagę na niespełnienie się katastroficznych prognoz maltuzjan: "Przyrost ludności w latach siedemdziesiątych nie wywołał wojen. Występowały wprawdzie fale głodu, lecz ich przyczyną nie był nadmierny przyrost ludności". Zwracano uwagę na takie błędne prognozy jak stwierdzenie Paula Ehricha, który uważał za fantazję, tezę, że Indie - jako przykład przeludnienia - w najbliższej przyszłości mogą osiągnąć samowystarczalność żywnościową. Na II Międzynarodowej Konferencji do walki z Głodem (1968 r.) utrzymywano, że Indie mogą wyprodukować maksymalnie 95 milionów ton zboża. Tymczasem obecnie roczna produkcja zboża w Indiach przekracza 150 mln ton i kraj ten stał się poważnym eksporterem. Był to tylko wstęp do bardziej całościowej polemiki z maltuzjanizmem. Jan Jarco, autor analizowanego tekstu zwracał uwagę, że zwolennicy państwowej kontroli urodzin szermują zwykle argumentem, że niektórzy azjatyccy, afrykańscy czy latynoamerykańscy wieśniacy żyją w nędzy i nie należy dopuścić, by w takiej nędzy trwali na zawsze. Opozycyjny wobec maltuzjanizmu "nurt rewizjonistyczny w demografii" wychodzi ze swej strony z założenia, że każde życie ludzkie ma swoją godność i zawiera w sobie pełne możliwości. Demografowie pronatalistyczni uważają, że bardzo niebezpieczne jest ogólne i systematyczne stosowanie argumentu, u którego podstaw tkwi idea, że istoty ludzkie stanowią zawadę ekonomiczną, społeczną i ekologiczną. J. Jarco uważa, że do zakwestionowania maltuzjanistycznej "dogmatyki" demograficznej najbardziej przyczyniły się wyniki nowych badań i analiz empirycznych dotyczących następstw przyrostu demograficznego. Od połowy lat 80. rewidowano kolejno obowiązujące dogmaty w sprawie rzekomych zagrożeń ekonomicznych i społecznych przyrostu ludności. Większość tych dogmatów okazała się fałszywa. Jako przykłady publicysta katolickiego tygodnika podaje fakt, że w latach 60. twierdzono, że liczba dzieci w społeczeństwie obniża oszczędności i inwestycje. Utrzymywano także, że przyrost demograficzny pociąga za sobą ważne skutki negatywne: spadek wzrostu dochodów, zwiększenie bezrobocia, zahamowanie postępu technicznego. "Żadne z tych twierdzeń nie spełniło się" - stwierdza J. Jarco. I kontynuuje: "Kiedy alarm demograficzny znajdował się w apogeum, twierdzono, że przyrost ludności doprowadzi do ograniczenia postępu oświaty, co okazało się zupełnie fałszywe. Mówiono także, że przyrost ludności jest przyczyną powstawania miast-olbrzymów w Trzecim Świecie. W gruncie rzeczy okazało się, że ucieczkę ze wsi do miast powodują zasadniczo inne czynniki. Argumentowano, iż liczba ludności jest główną przyczyną głodu w świecie. Tymczasem fale głodu w ostatnich dziesięcioleciach nie miały nic wspólnego z liczbą ludności. Eksperci są zgodni co do tego, że owe fale głodu prawie bez wyjątku były spowodowane wojnami domowymi i nieporządkami politycznymi i gospodarczymi. W latach siedemdziesiątych zwolennicy kontroli demograficznej podkreślali, że będzie lepiej, gdy będzie mniej ludzi, gdyż więcej ludzi oznacza więcej gęb do nakarmienia, więcej nóg do obucia, więcej szkół do zbudowania, czyli: im więcej ludzi, tym więcej problemów. Tak nadal uważa znaczna liczba działaczy. Naukowcy natomiast zmieniają zdanie. Nowsi demografowie uważają, że błędne jest traktowanie ludności jako jednolitego niezróżnicowanego problemu światowego. Ważna jest nie ogólna liczba osób, lecz to, gdzie i jak one żyją". W 1996 r. tygodnik "Niedziela" informował, że według wyliczeń ONZ w 2000 r. będzie żyło ok. 6,5 mld ludzi, w 2025 r. - ok. 9,5 mld, a w 2150 r. ponad 28 mld. Wskazywał, że wyliczenia te są bardzo statyczne i nie uwzględniają szeregu prawidłowości, zauważalnych już obecnie. Nie kwestionowanym jest założenie, że proces reprodukcji można zachować tylko wtedy, gdy na jedną rodzinę przypada statystycznie 2,1 dziecka. Wynikiem obniżenia tego progu jest starzenie się społeczeństwa i regres demograficzny. O procesach takich prasa katolicka donosiła już w 1989 r. Pięć lat później tygodnik "Ład" stawiał pytanie: Kto utrzyma starzejąca się Europę? W ten sposób zwracano uwagę na problemy społeczne jakie rodzi zjawisko wyludnienia (implozji demograficznej). Wskazywano, że w odniesieniu do wielu krajów można już mówić o wyludnieniu, a nie przeludnieniu. Pozwalało to przejście prasy katolickiej do swoistej ofensywy i zwrócenia uwagi na niekorzystne demograficznie skutki zabiegów aborcyjnych i zagrożenia jakie rodzi to dla polskiego bytu narodowego. "Niedziela" pisała, że charakteryzujący ostatnie dwa wieki znaczny przyrost naturalny nie jest spowodowany nagłym zwielokrotnieniem urodzeń. Przyczyny tego zjawiska leżą po stronie nauki i cywilizacji. "Rozwój m.in. medycyny, farmakologii i całego lecznictwa przyniósł znacznie skuteczniejszą możliwość walki z chorobami. Równocześnie cała rewolucja techniczna spowodowała, że człowiek ulepsza swoje warunki bytu. Automatycznie przedłuża się graniczny wiek umieralności. To były powody, dla których niemal trzykrotny wzrost ludności w Wielkiej Brytanii w XIX wieku nie spowodował tam katastrofy demograficznej". Inny autor tą samą tezę przedstawił bardziej dosadnie: "Nasilenie przyrostu naturalnego w niektórych regionach, niesłusznie zwane eksplozją ludnościową, nie zostało spowodowane zwiększeniem liczby urodzeń, ale spadkiem liczby zgonów. Obwinianie rozrodczości za tempo przyrostu naturalnego jest demagogią. Uczciwiej stawiał sprawę Wiliam Vogt, który zarzucał lekarzom, że polepszając warunki sanitarne są odpowiedzialni za to, iż coraz więcej milionów ludzi żyje dłużej w coraz większym ubóstwie. Skoro jednak opcja na rzecz nasilania śmiertelności wywołuje jeszcze reakcje negatywne, postuluje się przeciwdziałanie urodzeniom". J. Jarco zwracał uwagę, że wbrew powszechnej opinii, w większej części Trzeciego Świata nie obniżył się poziom życia, lecz w ostatnich dziesięcioleciach nagle się podniósł, i to właśnie w okresie, kiedy przyrost ludności był większy aniżeli kiedykolwiek. Śmiertelność dzieci w tych krajach obniżyła się ze 125 promili w roku 1960 do 69 promili w roku 1986, przeciętna długość życia wzrosła z 42 lat do 61, podwoił się wskaźnik oświaty dorosłych, liczba lekarzy na 100 000 mieszkańców pomnożyła się przez 2,5, a dzienne spożycie kalorii na jednego mieszkańca wzrosło z 87 % niezbędnej ilości do 102 %. "Teza, iż szybki przyrost ludności utrudnia postęp społeczny, jest diametralnie przeciwna rzeczywistości potwierdzonej w ciągu ostatnich 25 lat". Mamy tu więc tezę nieco odmienną niż dwóch poprzednich autorów. Oni wzrost liczby ludności postrzegali jako skutek owej poprawy sytuacji życiowej, o której pisał także J. Jarco. Ten ostatni autor oba zjawiska traktuje jakby oddzielnie, nie w kategoriach przyczyny i skutku. Oczywiście różnica między obu stanowiskami jest w praktycznych skutkach niewielka: i jedni i drudzy nie akceptują kampanii antynatalistycznych, a szczególnie zabijania dzieci. Wspólne jest im także dostrzeżenie zjawisk, których nie dostrzegają politycy zaślepieni ideologią maltuzjanistyczną. Publicyści katoliccy przedstawili też swym czytelnikom historię maltuzjanizmu. Tygodnik "Niedziela", przy okazji prezentacji książki G.F. Dumonta "Uczta Kronosa" wskazał, że mit o przeludnieniu pojawił się już w starożytności, w pismach Platona i Arystotelesa. Uczniowie tych filozofów nie musieli jednak wprowadzać w życie projektów polityki demograficznej swych mistrzów. Grecja faktycznie bowiem cierpiała z powodu kryzysu wyludnienia. I to ten właśnie kryzys spowodował upadek Hellady. Mit o nadmiernej liczbie ludności odrodził się w wieku XVI, w Anglii. Tomasz More w "Utopii" napisał, ze władze powinny kontrolować liczbę urodzeń w państwie: gdy liczba mieszkańców stanie się zbyt duża, powinno się skłaniać ludzi do emigrowania do mniej zaludnionych rejonów. Francis Bacon twierdził, że należy czuwać by ludność państwa nie przewyższała możliwości produkcyjnych kraju, który ma ją utrzymać. Tomasz Hobbes pisał, że "ilość surowców, które pochodzą z dwóch piersi naszej wspólnej matki, tzn. ziemi i morza, jest ograniczona przez samą naturę". Myśli te znalazły rozwinięcie w pracach Roberta Malthusa (1766-1834). W wydanej w 1798 r. książce opisywał zasady, jakie powinny decydować o liczbie ludzkości. Porównując życie na ziemi do uczestnictwa w wielkiej "uczcie natury", pisał, że każdy nowo narodzony człowiek pojawia się w świecie podzielonym już przez właścicieli; jeżeli społeczeństwo nie potrzebuje jego pracy, nie ma dla niego miejsca przy biesiadnym stole świata. Co więcej - jeżeli, któryś z biesiadników, kierując się litością, zaprosi go do stołu, zburzy to "harmonię uczty" i sprawi, że zabraknie jadła dla innych. "Pod wpływem powyżej cytowanych teorii zaczęto bić na alarm: najpierw twierdzono, że zarówno Francja, jak i Anglia skazane są na zagładę ze względu na kończące się zasoby drewna (drewno używane było do ogrzewania, lecz przede wszystkim w przemyśle, głownie hutniczym); gdy zaczęto wydobywać węgiel, jeden z XIX-wiecznych ekonomistów angielskich Wiliam Jevons skalkulował, że fabryki w jego kraju staną przed rokiem 1900 z powodu braku węgla. Po dziś dzień węgla nie brakuje, a w dodatku zaczęto wydobywać ropę naftową". Przy innej okazji "Niedziela" zwracała uwagę, że od czasu opublikowania książki Paula Ehrlicha "The Population Bomb" ("Bomba demograficzna") w 1968 r., aż do końca lat 70. powszechnie uważano, że szybki przyrost naturalny w krajach mniej rozwiniętych stanowi poważny problem. "Każdego roku produkcja żywności w krajach słabo rozwiniętych pozostaje coraz bardziej w tyle za szybkim wzrostem liczby ludności i ludzie idą spać znowu trochę bardziej głodni"- pisał Ehrlich. Ciekawy przykład obecności mitu o przeludnieniu odnalazł prof. Cz. Bartnik. W jednym ze swych artykułów zacytował on fragment pism wczesnochrześcijańskiego pisarza Tertuliana. Jak zatem prasa katolicka widziała sytuację demograficzną współczesnego świata? Posłużmy się opublikowanym przez "Ład" artykułem francuskiego demografa G. Dumonta. Według niego przyrost demograficzny w XIX i XX wieku nie jest niespotykany w dziejach ludów i cywilizacji. Ewolucja liczby ludzi przebiegała w rytm zmian technicznych, gospodarczych, politycznych i kulturalnych na płaszczyźnie globalnej czy też w poszczególnych częściach Ziemi. W 1800 roku ludność świata jest oszacowana na wysokości 954 milionów. Sto lat później osiągnęła liczbę 1 364 000 000, co oznacza przyrost 71 % w skali wieku (czyli więcej niż w poprzednich stuleciach). Ten średni przyrost kryje poważniejsze zmiany. Jako przykład francuski uczony podaje Wielką Brytanię, której ludność wzrosła w XIX wieku o 38 700 000 (272%). Wiek XX notuje przyrost jeszcze większy niż w poprzednim stuleciu. W 1993 r. liczbę ludności oceniano na 5 506 000 000. Jakie są przyczyny tak ogromnego wzrostu, nieporównywalnego nawet ze wzrostem w XIX wiecznym Zjednoczonym Królestwie? Przyrost ludności w obu stuleciach jest wynikiem gwałtownych przemian w gospodarce i ochronie zdrowia, dokonanych w toku pierwszej rewolucji przemysłowej. Eksport tych technik z krajów europejskich do reszty świata pozwolił na znaczny rozwój ludności całego globu. W państwach Północy w XIX wieku i początkach XX motorem przyrostu był przede wszystkim przemysł, a w drugiej kolejności dopiero postęp medycyny i sprzętu medycznego. Natomiast na Południu, ze stuletnim mniej więcej opóźnieniem, zasadniczą rolę odegrała medycyna. Dotychczas długość życia ludzkiego była bardzo uzależniona od warunków klimatycznych. Rozwój demograficzny był pochodną dobrych lub złych zbiorów. Użycie konia pociągowego przyspieszyło zyski z rolnictwa. Zastosowanie końskiego nawozu pozwoliło zlikwidować niewydajną trójpolówkę. Poprawa systemu dróg i budowa kanałów ułatwiły transport i stworzyły nowe miejsca pracy. Medycyna, biologia i chemia dokonały decydującego postępu w dziedzinie środków badawczych, diagnostyki i leczenia chorób. Jednocześnie rozwój dystrybucji wody pitnej, asenizacji i usuwania odpadów zapewniły postęp higieny publicznej. Korzystając z lepszych warunków życia, dostatecznego o każdej porze roku pożywienia, z lepszej higieny, ze szczepień ochronnych i innych rodzajów opieki, "ludzkość odkryła, że z rzeczywistością stało się coś dotąd niewyobrażalnego: człowiek może odsunąć śmierć w zauważalnym wymiarze. Te przemianę nazywamy pierwszą rewolucją demograficzną". Tygodnik "Ład" wyeksponował konkluzję G. Dumonta, iż przyrost naturalny XIX i XX wieku nie jest wynikiem wyższej niż uprzednio płodności, ale spadku śmiertelności spowodowanego gospodarczym i zdrowotnym postępem. Analizując wzrost liczby ludności w krajach Południa francuski autor stwierdzał, że w krajach tego regionu mechanizmy spadku śmiertelności odpowiadają logice zarazem odmiennej i szybszej. Skorzystały one, zwłaszcza w XX wieku, w bardzo szybkim terminie, z wypracowanych stopniowo osiągnięć medycyny dokonanych na Północy. Rosnący rozziew między gwałtownym spadkiem śmiertelności a stałą stopą urodzeń zrodziły naturalną nadwyżkę i stąd znaczny wskaźnik przyrostu naturalnego. Autor jednak zwraca uwagę na zjawisko określane jako "druga rewolucja demograficzna": XX wiek zaznał przyspieszenia rocznych przyrostów wraz z upowszechnieniem technik przedłużania życia. Dla całości świata maksymalny wskaźnik roczny 2,1% został osiągnięty pod koniec lat 60. Później zaczął wykazywać spowolnienie. Krzywa przyrostu naturalnego na świecie nie jest zatem funkcją wykładniczą, ale ma raczej postać asymptotyczną. Przyrost naturalny w poszczególnych krajach charakteryzuje się silnym przyspieszeniem w pierwszej fazie. W drugiej fazie śmiertelność już nie spada równie szybko, a stopa urodzeń zaczyna się dostosowywać do nowych warunków śmiertelności. Rozziew między urodzeniami i zgonami maleje zatem i w konsekwencji spada przyrost naturalny. Obecnie głównym czynnikiem zmian demograficznych jest płodność, a jej poziom znacznie spadł. Na prace G.F. Dumonta powoływało się wielu katolickich publicystów. Także powołując się na prace Dumonta prasa katolicka zwróciła uwagę na trzy idee, które wywierają wpływ na nowe postawy Europejczyków wobec małżeństwa i wydania na świat potomstwa. Są to: neoscjentyzm, neosuperfeminizm oraz neorelatywizm. Ta pierwsza idea pod pozorem uszczęśliwiania ludzi (niedopuszczanie do narodzin dzieci niepełnosprawnych, zwalczanie chorób dziedzicznych, ulepszanie rodzaju ludzkiego) zaleca manipulacje genetyczne, które prowadzą do technicyzacji prokreacji, do selekcji rasowej, do pogwałcenia godności osoby ludzkiej. Według neoscjentystów każda ingerencja techniczna jest dopuszczalna, jeżeli prowadzi do "ulepszenia" natury ludzkiej. Jako przykłady tej postawy wskazano praktykowane w hitlerowskich Niemczech czy w "cywilizowanej" Szwecji sterylizacje osób upośledzonych. Drugim zjawiskiem jest superfeminizm, który pojawił się w Europie Zachodniej w latach 80. XX wieku. Według jego tez, w przyszłości kobieta ma się upodobnić do mężczyzny. Dlatego też, aby się zrealizować powinna go naśladować. To z kolei prowadzi do wyrzeczenia się dziecka, uważanego za obciążenie. Kobieta ma zanegować własną tożsamość biologiczną. Wkrótce pojawiła się nowa forma superfeminizmu. Ponieważ negowanie tożsamości biologicznej okazało się fiaskiem, zmieniono radykalnie rozumowanie. Nie twierdzi się już, że kobieta ma zachowywać się jak mężczyzna, lecz że oboje winni mieć te same biologiczne warunki życia. W imię równości trzeba negować różnice między kobietą a mężczyzną. Należy uwolnić kobietę od jej uwarunkowań biologicznych, dając również mężczyźnie możliwość rodzenia. Nie wystarczy jednakowe traktowanie obydwu płci. Muszą się one stać równoważne biologicznie. Należy dążyć do społeczeństwa składającego się z ludzi jednowymiarowych, gdzie cechy męskie i żeńskie nie mają już znaczenia, ponieważ nie pociągają za sobą praktycznych różnic. W konsekwencji powstałoby społeczeństwo "arodzinne", indywidualistyczne i egoistyczne. Rodzina jest zresztą głównym obiektem ataku superfeminizmu. Należy z tym wiązać pojawiające się coraz częściej postulaty domagające się przyznania prawa do sztucznego zapłodnienia kobiet niezamężnych, w tym lesbijek, uznania związków homoseksualnych, prawa do adopcji przez osoby w stanie wolnym. Rola mężczyzny miałaby się ograniczać do zapłodnienia i do zapewnienia kobietom przelotnych uciech seksualnych. Wreszcie trzeci nurt myślowy - neorelatywizm. Wywodzi się on z relatywizmu klasycznego. Według neorelatywistów wartości moralne, style życia propagowane przez społeczeństwo w danym momencie historycznym zależą jedynie od uwarunkowań danego okresu i mogą być modyfikowane w dowolnym czasie i w dowolny sposób. Pojęcia "stały" i "uniwersalny" nie istnieją, gdyż samo pojęcie prawdy jest zmienne. Z pozycji tych atakuje się różne instytucje społeczne, wśród nich rodzinę, twierdząc, że jest ona formą organizacji społeczeństwa, która może być z czasem zmodyfikowana. Zapomina się, że instytucja małżeństwa istniała już w prehistorii i że przetrwała ona przez tysiące lat w różnych cywilizacjach i w różnych religiach. Obok analizy ideowych motywów wspierania postaw antynatalistycznych, prasa katolicka przedstawiła też analizę przyczyn politycznych tejże postawy. Wskazywano na różnice miedzy Zachodem a Wschodem Europy. Na Zachodzie inspiratorami propagandy antynatalistycznej byli socjaldemokraci. Lansując politykę szeroko rozbudowanych świadczeń socjalnych hamowali wzrost gospodarczy we własnych krajach. Aby utrzymać elektorat, a zarazem nie obciążać nadmiernie budżetu, propagowali "kontrolę urodzeń". W tym mniej więcej czasie rozpoczęła się też masowa emigracja ludności Trzeciego Świata na Zachód: gdy zachęceni wysokimi zasiłkami dla bezrobotnych Niemcy, Francuzi czy Holendrzy nie podejmowali niewygodnej dla siebie pracy, preferując dostatnie życie z zasiłku - do ich krajów napływali spragnieni każdej pracy Murzyni, Arabowie czy Turcy. Ludność ta stanowiła pożądany dla socjaldemokracji zachodniej elektorat, gdyż zasilał najmniej wykształconą warstwę ludności, najbardziej podatną na socjalizującą czy komunizującą ideologię. "Jednak dobrze było, dokąd nie zażądali dla siebie takich praw obywatelskich i socjalnych, jakie przysługiwały miejscowej ludności... Ale nawet wówczas socjaldemokraci długo jeszcze używali argumentu z "imigracji" jako pretekstu dla podwyższania podatków, nakładanych na kapitał i pracę. Dopiero w ostatnich latach mówi się o potrzebie ograniczenia napływu imigrantów i szuka rozwiązań. Odebrać jednak raz przyznane "zdobycze socjalne" nie jest łatwo. Obecnie na palcach jednej ręki policzyć można kraje Europy Zachodniej, które nie miałyby z tego tytułu olbrzymich deficytów budżetowych i wielkich długów publicznych, obciążających przyszłe pokolenia. Poważnie naukowcy teraz dopiero mówią o możliwym kryzysie - bynajmniej nie ludnościowym, ale finansowym! - jaki może dotknąć świat zachodni. Warto jednak pamiętać, że nie przeludnienie byłoby jego przyczyną, ale wadliwa polityka życia ponad stan". W Europie Wschodniej mechanizm i źródła antynatalizmu były podobne, ale miały ostrzejszą formę. Gdy wbrew ideologicznym hasłom socjalizmu okazywało się coraz wyraźniej, że system ten nie jest w stanie zaspokoić nawet najbardziej podstawowych potrzeb społecznych, propaganda ograniczania liczby urodzin stała się dla rządzących wygodnym pretekstem do zrzucania winy za niewydolność systemu na "ciemnogród, który słuchając Kościoła, nie chce świadomego macierzyństwa (czytaj aborcji)". Stosunkowo niewiele uwagi poświęciła prasa katolicka uwagi sytuacji demograficznej współczesnej Polski. Zagrożenia związane z niskim przyrostem naturalnym w naszym kraju były jednym z argumentów w kampanii na rzecz prawa chroniącego życie dzieci poczętych, jak również konsekwencje negatywnych procesów demograficznych występujących w Polsce (systematyczny spadek liczby urodzeń od 1984 r., obniżenie dzietności kobiet, spadek liczby zawieranych małżeństw) dla systemu ubezpieczeń społecznych. Warto jednak zauważyć, że dostrzegano także zjawiska pozytywne: malenie od 1987 r. liczby rozwodów czy obniżenie współczynnika umieralności niemowląt (choć dostrzegano, że Polska jest tutaj wśród 7 krajów o najwyższej umieralności tej kategorii wiekowej). Oczywiście prasa katolicka obszernie prezentowała swym czytelnikom dokumenty Kościoła poświęcone problematyce demograficznej. Należy podkreślić dużą odporność prasy katolickiej na propagandę maltuzjanistyczną. Jednym z nielicznych przejawów przyjęcia jej jest artykuł na łamach "Gościa Niedzielnego". Czytamy w nim: "Sytuację krajów słabo rozwiniętych pogarsza eksplozja demograficzna. Nasz glob zamieszkuje już 5 miliardów ludzi. Co cztery, pięć dni przybywa następny milion mieszkańców. Ale większość z nich rodzi się w krajach najbiedniejszych". Tak wyraźnie odbiegający od reszty prasy katolickiej staje się zrozumiały jeśli weźmiemy pod uwagę, że jego autorka opierała się na raportach Klubu Rzymskiego (sportretowanego bardzo pozytywnie jako grupa intelektualistów, którzy w przeciwieństwie do rozgrywających narodowe karty polityków, postanowili zająć się całą Ziemią, ostrzegając, że egoizm narodów może doprowadzić do ogólnej katastrofy). Kończąc należy stwierdzić trafność uwag prasy katolickiej odnośnie sytuacji demograficznej świata. Ten nurt polskiej prasy wykazał o wiele większą świadomość realnej sytuacji niż liberalny nurt polskiej prasy.
dr Mirosław Habowski
Autor jest pracownikiem naukowym |